Zapach Jaśminu to świat widziany moimi oczami, pełen kolorowej bajki, pachnący jaśminem i ulotnością . To moje pasje, inspiracje, echa minionych epok, zachwyty nad pięknem natury, mistyką gór. Wchodzę więc do świata wyobraźni przez kolory farb , przez haft, liczę krzyżyki i niecierpliwie czekam na to co wyłoni się na płótnie , maluję igłą i nitkami, pędzlem i farbami świat pełen kolorów, kwiatów , dam i koronek.
Zapraszam

czwartek, 30 czerwca 2011

Styl cottage II - Marty Bells



Macie ochotę na jeszcze jedną bajkę? jeśli tak, to powędrujmy wyobraźnią do świata obrazów Marty Bells, znajdziemy się w świecie jak z baśni, pełnej kolorów, bajkowych domków i ogrodów, niech czas zatrzyma się gdy my będziemy spacerować, wyobraźmy sobie nas wśród tych kwiatów, gdzie nie ma upływającego czasu, gdzie rozkoszujemy się ciszą i napawamy nasze oczy kolorem.











Tym bardziej że wiele z tych obrazów przeniesiono na papier i stworzono dla nas wzory na haft krzyżykowy,  możemy sobie przedłużyć tę baśń sięgając po igłę i możemy namalować nitkami nasz domek z ogrodem.



Ja tak zrobiłam i dzisiaj jeden z nich pokazuję, właściwie jest to " Sklepik wiejski", to jeden z pierwszych obrazków wyszyty wiele lat temu, gdzie użyłam 118 kolorów nici na powierzchni 35 x 26 cm. Miałam niesamowitą frajdę podczas wyszywania, wzór zamówiłam w jednym z wysyłkowych sklepów który już dzisiaj nie istnieje.





Wzór świetnie opracowany przez firmę Janlynn, wprawdzie nie po polsku ale nie sprawiało mi kłopotu jego rozszyfrowanie. Mam jeszcze inne domki ale to innym razem.


niedziela, 26 czerwca 2011

Styl cottage I - Arthur Claude Strachan



Właściwie to sama nie wiem jak i od czego by tu zacząć, temat który chciałam poruszyć jest bardzo rozległy i rozciągliwy, można by tak właściwie na temat stylu cottage napisać nowy blog. Więc rozłożę go na letnie miesiące i jak tylko czas pozwoli pisać będę w częściach.
Co to jest styl cottage na pewno każda o tym wie , nawet jak sobie o tym nie zdaje sprawy, cottage od słowa chata, ja tłumaczę po swojemu, jestem patriotka lokalna i u mnie on by się nazywał " styl wsiowy "z dobrym tego słowa znaczeniu. Jak dla mnie umieściłabym wszystko to co  architektura, wnętrza, ,detale, malarstwo, robótki itd. czerpią z inspiracji wsią sielską ( nie mylić realizmu z wyobrażeniem o wsi) obojętnie jaką wieś byśmy nie brali pod uwagę, czy angielską, czy polską, czy skandynawską i wieś rozumiana bardzo szeroko.
Zacznę więc opowieść od malarstwa, od marzenia, od inspiracji.

Widzicie ten domek na pierwszym zdjęciu? To takie moje niezrealizowane marzenie, może w następnym wcieleniu mi się uda  zaszyć w takim domku, z takim wielkim zarośniętym kwiatami ogrodem. Chciałabym móc ryć całymi dniami w ziemi i przesadzać, chciałabym robić przetwory, chciałabym pobujać się w hamaku pośród drzew z książką w ręku, chciałabym boso wyjść przed dom, usiąść z kawą i robótką w ogrodzie i słuchać śpiewu ptaków, ........i niechby tylko raz w miesiącu listonosz zadzwonił do furtki i przyniósł pieniążki bym mogła żyć moimi marzeniami. Co ? bujam w obłokach?.........a co pobujać nie mogę? od tego są marzenia.

Pobujałam się w zastępstwie po galeriach moich ulubionych malarzy, którzy tak jak ja przez różowe okulary oglądają świat, widząc go takim jakim chcieliby aby wyglądał. Może i wy macie ochotę pobujać? to zapraszam na maleńką namiastkę wielkiej sztuki ( tylko nie pisać mi tu że to landrynkowo, a niech sobie będzie, realizmu to ja na co dzień mam po dziurki w nosie), wieś sielska wg.malarstwa Arthura Claude Strachana







A w nagrodę dla wszystkich mających cierpliwość czytać moje wypociny dodaję pocztówkę skomponowaną przez moją osobę ; malwa , ujęcie dzisiejsze z Arboretum i malarstwo w/w artysty.
 Myślę że malwa to kwiat pasujący jak najbardziej do chat, i wiejskich ogrodów, jest piękna i niedoceniana.

czwartek, 23 czerwca 2011

Robota sama pcha się do rąk



Niedawno moja córcia przywiozła ze sobą swój haft który rozpoczęła kilka lat temu, niestety zajęła się nową fascynacją jaką jest obraz przedstawiający St.Petersburg. Kobieta afrykańska w turbanie poszła do szuflady i kiedy stwierdziła że nie chce już jej wyszywać powierzyła haft szufladzie w domu. Nie powiem męczyła mnie ta myśl i wczoraj mając jeden z samotnych wieczorów co to nie wiadomo za co się zabrać, wyciągnęłam reklamówkę z jej szuflady i do późnych godzin nocnych bawiłam się w sortowanie niteczek i ich układanie.



Postanowiłam haft dokończyć, szkoda pracy Klaudyny no i oczywiście pieniędzy włożonych w niteczki. Zdjęcia pokazują pracę Klaudyny w miejscu kiedy wena twórcza ją opuściła, pozostałą część wyszyję ja, mam przynajmniej taką nadzieję.



Prośba

Przychodzą do mnie sygnały że pomimo że jest się zalogowanym nie można wpisać u mnie komentarza. Nie wiem co się stało. Czy znajdzie się jakaś dobra duszyczka i podpowie gdzie mam szukać i co zrobić aby to poprawić? bo ja nie robiłam żadnych poprawek w ustawieniach i nie bardzo wiem co jest grane. Będę dozgonnie wdzięczna.
Dziękuję za komentarze, tym bardziej że chce się wam je wpisywać obchodząc jakoś to niefortunne nieporozumienie.
Pozdrawiam cieplutko.

środa, 22 czerwca 2011

Migawki z życia



Jak widać na blogu , przez brak nowych wpisów, że wróciłam do pracy, troszkę czasu zajął mi powrót do rzeczywistości, trzeba było znowu stanąć na nogi i przyjąć do wiadomości że świat kręci się inaczej niż byśmy sobie tego życzyli, troszkę mnie to wyprowadziło z równowagi.
Muszę się natychmiast pochwalić , wygrałam Candy u Ani i właśnie otrzymałam od niej przepiękne guziki, własnoręcznie przez nią wykonane. Nie liczyłam na wygraną, ale jak już guziczki wygrałam to muszę dobrze wykorzystać ten dar. Pewnie w zimie odkurzę druty i zrobię sweterek dodając te dwa czerwone , ale na pozostałe nie mam jeszcze pomysłu.
Chodzę koło nich i ciągle oglądam, nie mogę się zdecydować na schowanie, takie są piękne i oryginalne.



Spotkało mnie też coś niecodziennego, od lat dzielę się wzorami jak tylko czas mi na to pozwoli , ale jeszcze nikt tak  mi nie podziękował jak Aldona, wzięła mnie absolutnie z zaskoczenia i to co napisała upewniło mnie że jednak ten blog może się komuś podobać , dlatego umieszczę sobie tu ten wiersz , który mi się bardzo podoba , trzeba sobie czasami dodać animuszu . Pasuje akurat do zdjęcia plebani z wielkim drzewem jaśminu.

Z podziękowaniem dla Jaśmin

BIAŁY JAŚMIN

Biały jaśmin zakwitł w mym ogrodzie
Usiądę przy nim
Zapachem będę się upajała
I kwiatki jego białe zrywała
Bukiecik mały z nich zrobię
Podaruję Tobie
I dalej dalej będę siedziała przy jaśminie
W mym ogrodzie
Niedługo jaśmin kwitł będzie
Niedługo w wazonie postoi
Lecz temu co go darowałam
Będzie trwał przy mnie
Jako przyjaciel którego też witam
Przy białym jaśminie w mym ogrodzie
                                autor Kwiat lotosu


Wybrałam się na małą wycieczkę do Sanoka, choć mam 60km do niego , dawno mnie w skansenie nie było. Padał oczywiście deszczyk, bo ja tak już mam , gdzie nie pojadę ciągnie się on za mną. Mimo wszystko przyjemny to był spacer. Uwielbiam klimat cerkiewek, chałup pokrytych strzechą, kapliczek, nieistniejący świat Bojków , Łemków . Jeszcze tam wrócę, budują bowiem nowy sektor i trzeba będzie go obejrzeć.



Na poniższym zdjęciu kwiaty na środku to wycinanka z papieru naklejona na ścianę w izbie, chyba go robiła prekursorka decoupage w Polsce, wszak wycinanie i naklejanie to jest właśnie to.

niedziela, 12 czerwca 2011

Chustecznik w różyczki



Tak jak pisałam wróciłam do decoupage, mogę choć raz powiedzieć że pogoda temu sprzyja. Mnie na urlopach prześladuje deszcz i ciągle krzyżuje mi plany a tym razem przechytrzyłam pogodę i nigdzie się nie wybierałam, leje ale mi to nie przeszkadza. Mogłam dokończyć chustecznik dla koleżanki, który czekał od grudnia prawie zrobiony.



Nic to wielkiego, nic twórczego , ot zwykły klasyczny decoupage. Koleżanka sama wybrała serwetkę , nie słuchała moich sugestii i wybrała kolor, ja tylko wykonałam zlecenie. Z tą serwetką robiłam już chustecznik ale dałam wiśniową bejcę i ta właśnie wersja bardziej mi się podobała, niestety nie mam zdjęć bo oddałam do samodzielnego ukończenia pewnej osobie.



Dodałam koronkę bawełnianą w którą wplotłam cienką wstążeczkę, to już moja inwencja, jakoś goły mi się wydawał i mam zamiar taki oddać, wydaje mi się że teraz prezentuje się dobrze.



Siedzę teraz i robię wazon a także skrzynkę na biżuterię dla siebie. I jak zwykle modzę, niektóre dziewczyny mnie znają z Sabaciku i wiedzą że ja nie mogę robić mało "ambitnie" czyli prosto, muszę się bawić decu, muszę skomplikować sobie życie, tak już mam. A co z tego wyjdzie to zobaczymy , albo i nie jak nie wyjdzie, ha,ha.

Dziękuję za odwiedziny i komentarze, choć ich mało to i tak się cieszę , w końcu ja też mało piszę z braku czasu to nie mogę spodziewać się czegoś innego.
Pozdrawiam cieplutko



sobota, 11 czerwca 2011

Jaśminowy powrót do robótek



Na dworze pochmurno, deszczowo, więc wycieczki rowerowe znowu odłożyłam na bok. Za to zaszyłam się w domu , mając jeszcze kilka dni wolnego, z wielką ochotą zabrałam się za robótki. Zatęskniłam za farbami, wyciągnęłam warsztat decu i maluję, przykładam serwetki, szukam weny, mam nadzieję że coś powstanie.
Tym czasem ukończyłam monogram, to jeden z elementów projektu który realizuję , zamierzam go  jak najszybciej ukończyć dla swojej córci.
Dziękuję że zechciałyście ze mną pospacerować po Bieszczadach i Roztoczu , ukłony za komentarze.
Pozdrawiam zapachem jaśminu który króluje na moim stole.



Postanowiłam dodać do wpisu dzisiejszego coś z archiwum X, czyli obrusik w polne kwiaty który obecnie znajduje się na moim stole. Wyszyty bardzo dawno na panamie kremowo- żółtej.





Wzór zaczerpnęłam z Dorki kupionej podczas jednego z wypadów w słowackie Tatry.



czwartek, 9 czerwca 2011

Biesy i Czady albo inaczej Bieszczady - jak sobie ochoczo wędrowałam.



każda stopa
przenosiła cię w zachwyt
szczyt
był tylko przystankiem
szlak
prowadził do szlaku
myśl niosła przez Bieszczad
jak powracające ptaki
i milkła
w powszechnych trawach połonin



usiądź wędrowcze
niespokojny
przy nasiczańskim potoku
usiądź w ciszę
i powtórz za mną



zaprawdę
powiadam wam wszystkim
wielkim jest Ten
który
umieścił tu Biesy i Czady
i nas
niepokornych

Ryszard Szociński



Cóż mogę dodać do tego wiersza, jest wymowny. Bieszczady pokochałam miłością nastoletniej duszy , wędrującej z plecakiem z braćmi harcerzami, mieszkającej na wakacjach , przez kilka lat z rzędu w stanicy, taplającej się w bieszczadzkim błocie , moknącej w bieszczadzkim deszczu i spoglądającej na dymiące góry. Przemierzyłam wtedy chyba każdy szlak i wertepy ze ścieżkami nigdy nie oznaczonymi, byłam na samym końcu worka bieszczadzkiego szukając grobu hrabiny, byłam w ciemnej głuszy gdzie odnajdywaliśmy ślady dawnych osad, gdzie śpiewaliśmy piosenki o naszych kochanych , dzikich Bieszczadach. Wtedy byli tylko osadnicy i harcerze, bo któż inny wytrzymałby trudy dzikiej przyrody, brak sklepów, ( jak były gdzieś ,to tylko w chałupie jakiegoś gospodarza, gdzie chleb przywożono dwa razy w tygodniu). Tak wędrując po kilka dni po wertepach tachaliśmy zaopatrzenie ze sobą , namioty i wszystko inne niezbędne do przetrwania. Młodość jak wiadomo ma swoje prawa.



Potem wpadałam do kochanych Bieszczad co kilka lat, widziałam jak się zmieniają, zapominając powoli to co kiedyś widziałam, to co kiedyś przeżyłam, tylko przyjaciół z tamtych lat pozostawiłam w sercu, i choć nie mam zdjęć to oni wryli się mocno w mojej pamięci i pozostaną tam ciągle młodzi i niepokorni.



A dziś, no cóż.............jest troszkę inaczej, wygodniej. Są miejsca noclegowe o wysokim standardzie, są sklepy, są busy i każdy może przemierzyć nie jeden szlak, zachęcam, góry się nie zmieniły i nadal kuszą swoją  urodą. Najlepiej wybrać się wtedy ,kiedy nie ma tłumu turystów, napawać się ciszą i szumem traw na połoninach.



Miałam tylko jeden dzień, ale wykorzystałam go co do minuty. Raniutko wyjechaliśmy z Przemyśla, a już o 9.30 rzuciliśmy torby na kwaterze , ubraliśmy solidne buty i wyruszyliśmy na szlak. Mozolnie pnąc się w górę przez łąki , potem las, wyszliśmy na przełęcz pod Tarnicą ( trwa to około 2 godz. ślamazarnym krokiem). Darowaliśmy sobie sam szczyt Tarnicy na której już byłam wielokrotnie, bojąc się że burza może nas dorwać na otwartej przestrzeni, wyruszyliśmy w kierunku Krzemienia, potem minęliśmy Kopę Bukowską i wdrapaliśmy się na Halicz. Droga od Tarnicy do Halicza mało męcząca, umożliwia zachwycanie się panoramą Bieszczad z każdej strony, napawa ciszą przerywaną jedynie szumem wiatru i traw na połoninach oraz przepięknym śpiewem ptaków, szkoda że nie mogłam tego nagrać i wstawić jako tło do zdjęć.








 Na Haliczu zrobiłam sobie przerwę, trochę relaksu , zamiarem moim było zakosztować słońca, z nadzieją że promienie jego nie odbiją się tym razem od mojej alabastrowej skóry. Nie rozczarowałam się , wieczorem wróciłam spieczona jak świnka Pigi. Spotkaliśmy tam grupę niesamowicie hałaśliwej młodzieży i szybko oddaliliśmy się od owej grupki, pozytywną stroną tego spotkania było to że szli w odwrotnym kierunku a my z nadzieją że przepłoszyli wszystką zwierzynę w okolicy razem z misiami  ruszyliśmy dalej przez Rozsypaniec na Przełęcz Bukowską .









I wszystko by było piękne gdyby nie powrotna droga, ciągnie się przez dwie godziny niemiłosiernie w chaszczach przez które nic nie widać, ciągnie się w nieskończoność a na dodatek za plecami słychać było pomrukiwanie burzy. Na spotkanie z piorunami nie miałam ochoty więc przyspieszyliśmy kroku i udało nam się powrócić na kwaterę przed burzą po 6 godzinach marszu.
Jeżeli ktoś się wybiera na tę trasę , radzę przemierzyć ją tak jak opisywałam. Przewodniki czasami piszą że łatwiej pokonać ją w odwrotnym kierunku, ja nie polecam. Po marszu przez niekończącą się nieciekawą drogę trzeba wdrapywać się ciągle pod górę aż na sam Halicz. Polecam trasę według mojego opisu. To jeziorko to jedyna ciekawa rzecz na przestrzeni dwugodzinnego marszu.



Połoniny są tak piękne, trasa jest tak cudowna że warto było znowu odświeżyć starą znajomość, i znowu  zakochać się w Biesach i Czadach, każdy trud i pot wylany wart jest  kontemplacji widoków na szczycie, spełniło się moje niewielkie marzenie.
Ciekawe kto dotarł do końca mojej opowieści.
Pozdrawiam cieplutko.