Zapach Jaśminu to świat widziany moimi oczami, pełen kolorowej bajki, pachnący jaśminem i ulotnością . To moje pasje, inspiracje, echa minionych epok, zachwyty nad pięknem natury, mistyką gór. Wchodzę więc do świata wyobraźni przez kolory farb , przez haft, liczę krzyżyki i niecierpliwie czekam na to co wyłoni się na płótnie , maluję igłą i nitkami, pędzlem i farbami świat pełen kolorów, kwiatów , dam i koronek.
Zapraszam

piątek, 3 lipca 2015

Zabawa przy maszynie.


 Dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia, poskutkowało, noga już mnie tak nie boli. 
Oczywiście już mnie nosi, oszczędzam się jednak wiedząc, że ból może szybko powrócić.
Zmienność moja nie pozwoliła mi na długo przysiąść przy hafcie, wymyśliłam więc szycie.
Dawno nic dla siebie nie uszyłam, minęło wiele lat od ostatniej kreacji. Zabrałam się więc ochoczo do szycia spódnicy i sukienki, a co z tego wyjdzie, o ile wyjdzie postaram się pokazać.


 Wiele lat zbieractwa czasopisma Burdy na coś się przydało, choć z ostatnich lat nie mam Burdy , to zawsze można wybrać fasony , które nigdy się nie starzeją.
Miałam oczywiście wielką przyjemność w odkurzaniu i przeglądaniu tych gazet. 
Wybrałam fasony, wykroiłam i jestem w trakcie szycia.
 Nie ukrywam , że po wielu latach przestoju szyciowego problemy się pojawiły, może jednak przezwyciężę je i jeszcze tego lata wystąpię w nowych kreacjach. 


Dziękuję za komentarze i odwiedziny, życząc pięknych słonecznych dni . 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Wymuszone lenistwo


Zostałam zastopowana , organizm się zbuntował, kolana krzyczały "dość, nie idziemy dalej", sygnalizował, że coś niedobrego dzieje się w moim środku.
Pierwsze sygnały zbagatelizowałam jak zwykle , niestety ból był tak silny , że poddałam się.
Ja , która lekarzy omija z daleka, dzisiaj w worku pokutnym siedziałam w olbrzymiej kolejce.
 Otrzymałam zwolnienie na kilka dni ,aby zdiagnozować co to właściwie się dzieje.
I tak mam wymuszone lenistwo, 
leżę sobie z kolanami na poduszce jak jakaś baronowa i.............wyszywam.
W kieracie dnia codziennego miałam takie marzenie 
 "leżę sobie na hamaku,
 ptaszki ćwierkają ,a ja sobie wyszywam błogo niczym się nie przejmując".
 I o ironio losu, 
marzenia się spełniają,
 przekonałam się o tym sama,
 tyle tylko, że ja w swych marzeniach na tym hamaku jestem w kwiecie wieku, rumiana i zupełnie zdrowa.


 Haft zapełnia się dosyć szybko, pomyśleć tylko , że od jesieni go męczyłam. 

czwartek, 25 czerwca 2015

Zmienność


Zmienność, huśtawka nastroju, skok z euforii do głębokiego dołka pesymizmu, to moja specjalność.
Zmienność więc przekłada się na to co robię.
Czasami zaczynam wiele prac i nigdy , albo kiedyś je kończę, albo rzucam się w wir roboty i całkowicie mnie ona pochłania.
 Zapominam wtedy o całym wszechświecie,
 o kurzach w domu, 
o telefonach, 
o imieninach kochanej siostry ,
 jestem strasznie niepoprawna. 
Już tego nie zmienię, niestety. 


W momencie wiru weny twórczej koniecznie musiałam znowu coś zmienić w domu,
 i zmieniałam pokój moich dzieci, 
które wyfrunęły z gniazda, jednak czasami sobie przypominają o jego istnieniu,
 więc muszą się gdzieś zatrzymać.
 Jednocześnie pokój ten mieści wszystkie rupiecie ,
 które chomikujemy z upodobaniem z Miśkiem.
Rupiecie potrzebne, konieczne i niezastąpione w uskutecznianiu naszego hobby, hobby czytać w liczbie mnogiej.
Powstała więc hybryda magazynowo-sypialniana w stylu "niewiadomojakim" ,czyli według mojego widzimisię.
Będzie dzisiaj przydługawo.


 Przemalowałam szafy i komodę,
oczywiście resztką farby kredowej, 
więc wyszły przecudne maziaje pędzlowe. 
Wolałam pustą podłogę z chodniczkami, Misiek jednak chciał stary dywan z dużego pokoju umieścić w małym , muszę czasami iść na kompromis i już.


Skomplikowałam sobie powierzchnię pokoju ławą .
 Ławę tę otrzymałam od kolegi z pracy, który wiedząc, że lubię starocie chciał mnie uszczęśliwić.
Pomyślałam, że może to nie ta epoka, ale kształt ciekawy, ławę przemalowałam farbą kredową i zostawiłam. 


 Malując komodę odezwała się dusza niespełnionej malarki, znalazły się więc na niej malowane róże. 


Krzesło na razie pozostawiłam takie jakie było, na nim usadowiła się Zośka, oparta o poduchę.
Zośkę otrzymałam od Marysi ze stryszku.


 W kąciku umiejscowiłam swój stary niciak,
już nie mam innego miejsca gdzie mogłabym go umieścić.
Niciak był w opłakanym stanie, ale  bardzo chciałam go mieć. 
Misiek go odczyścił, posklejał do kupki, ja pobejcowałam i wywoskowałam.
Nie chciałam go przemalowywać, ma super kratkę na wieku, musiała tak pozostać.
Niciak czeka na wykończenie środka, 
no cóż, jeszcze poczeka. 
Muszę przemyśleć i wykonać , a jeszcze nic godnego mego niciaka nie przyszło mi do głowy. 


 Pod niciakiem kosz zabawek. 


Ten okaz to przykład mojego  zbieractwa kurzołapów.
Ale mnie się podoba, może służyć za flakon, a może kiedyś wyląduje w łazience? któż to wie, jaka będzie następna fantazja?


 Jeszcze zmiana na półkach.
Trochę zbiorów książkowych mojej córci,
 jej dzieła na ścianie,
 kilka  fotografii,
 znalazło się miejsce na ekspozycję starych aparatów fotograficznych Miśka.


 Tak to uskuteczniałam chęć zmian i porządku. 


 Jeżeli ktoś dotrwał do końca to bardzo dziękuję.
Musiałam jakoś  wytłumaczyć  moją nieobecność na blogu i braku nowych haftów.
Jest szansa, że będę haftować, już mało co w domu nadaje się na przemalowanie.
Pozdrawiam cieplutko dziękując za obecność i komentarze.

środa, 17 czerwca 2015

Chwilo trwaj w zapachu goździków


 Powracam do haftu po długiej przerwie.
Postać dziewczyny jest już ukończona, długo to trwało, ale jest. 
Zajęłam się innymi rzeczami i zdradziłam moje kochane krzyżyki.
Troszkę zatęskniłam za nimi, a co tam troszkę , nawet bardzo.
Pozostało wyszyć koralikami puste miejsca wśród kwiatów i oprawić obrazek.
Zanurzmy się więc w zapachu kolorowych goździków. 


 Przyjemność jest usiąść z haftem w dłoni,
oprzeć się o romantyczną poduchę z damami, 
wybierać kolorowe koraliki 
i wdychać unoszący się zapach goździków ,
 pijąc aromatyczną herbatę.
Luksus ulotnej chwili, wydartej z szarej rzeczywistości.
Chwilo trwaj. 

niedziela, 14 czerwca 2015

Stop klatka


Czas płynie leniwie ,
lubię ciepły czerwiec, 
 w powietrzu unoszą się cudne zapachy jaśminu, 
czarnego bzu, 
ogrody zapełniają się pysznymi piwoniami, goździkami, rozleniwiam się ,
 poddałam się chwili.


 Zbieractwo to moja specjalność,
niepotrzebne drobiazgi, 
nie mogę się czasami powstrzymać , 
chcę je mieć i tyle.
Komplet toaletowy, romantyczny , różany, 
wśród zapachu jaśminu.

środa, 27 maja 2015

Wiążę, supłam, przeplatam ....


Całe swoje dorosłe życie haftowałam krzyżykami, robiłam na drutach, szyłam, nauczyłam się decoupage i tak naprzemiennie sobie dłubałam kręcąc się wkoło. Podziwiałam różne techniki, wrzucałam w komputer wiadomości związane z nimi i marzyłam " że kiedyś".      " Kiedyś" nigdy nie następowało z różnych powodów. W czasach mojej wczesnej młodości nie było dostępu do wielu materiałów, nie miałam internetu, potem pieniędzy na nowe przydasie, nie wiedziałam jak się zabrać za to czy owo, a czas leciał nieubłaganie i pół wieku minęło  nie wiadomo kiedy. Gdy w końcu weszłam w drugie półwiecze, czyli osiągnęłam drugą młodość, a  w tym czasie świat otworzył nowe możliwości postanowiłam i ja otworzyć się na nowe techniki. Długo przebierałam, kręciłam nosem, aż w końcu wybrałam - nowym moim zajęciem będzie koronka siatkowa.


Jak pomyślałam tak też uczyniłam, rozpoczęłam poszukiwania w kochanym neciku. Znalazłam kurs koronki siatkowej w Milanówku, sponsor się znalazł bo urobiłam na miękko Miśka,  tłumacząc, że całe życie samouk jestem i chciałabym choć raz profesjonalnie zacząć moją przygodę z koronką. Napełniona szczęściem , z wielką werwą , otwarta na nowe chciałam wpłacić niemałe pieniążki na owy kurs, ale moje przedpotopowe wychowanie nakazywało mi najpierw wykonać telefon do Pani i zapowiedzieć się, dopytując o szczegóły np.noclegi itp. i tak też uczyniłam. I...............zostałam potraktowana oschle i niegrzecznie, chyba Pani w czymś przeszkadzałam albo cóś, przełknęłam upokorzenie starając się miło dopytywać dalej, Pani dowiedziawszy się, że jestem z daleka trochę zmiękła, niemniej jednak niesmak pozostał. Może Pani jest cudowna osobą, nie chcę jej obrazić, ale niesmak, to niesmak.
Wieczorem przemyślałam jeszcze raz to zdarzenie i doszłam do wniosku, że skoro tak to ja  spróbuję sama się nauczyć, a jak się nie zdołam nauczyć to ubiorę worek pokutny i pojadę do Pani na nauki. Zaangażowałam rodzinę do poszukiwania książki i zdobyłam na Allegro książkę z 1973r pt. "Roboty siatkowe" autorstwa Wery Tuszyńskiej. Na neciku znalazłam filmiki "Jak zrobić siatkę" i trochę innych materiałów, w sklepiku internetowym zamówiłam zestaw do koronki siatkowej firmy Prym i nici .


 W pierwszy dzień rozgryzłam pętelki, drugi dzień był tragiczny, pojęłam jak ma wyglądać droga nici między palcami, ale ciągle puszczałam nie te palce co trzeba i nić się plątała.Cięłam i plątałam, cięłam i plątałam, leciały niecenzuralne słowa, leciały przybory na podłogę z nerwów,ale, ale..................wyszło. Myślę, że jak ktoś by mi pokazał jak to zrobić i potwierdził czy dobrze robię oczka byłoby szybciej i przyjemniej.Tu przydał się wrodzony upór, wiecie ja uparta jestem jak stado osłów, nie pojedynczy osobnik, więc choć raz na coś się przydał, bo raczej przysparza mi więcej kłopotów niż radości. Pierwszą siatkę uplotłam z nici ecru i choć niektóre supełki puściły i musiałam je wiązać, a niektóre krateczki są nierówne to i tak jestem z niej bardzo dumna. Potraktowałam ją jako siatkę treningową i rozpięłam ją na ramie, którą przygotował mi Misiek i zaczynam powoli rozgryzać ściegi. Ale o tym innym razem. Na pierwszych zdjęciach widoczna jest biała siatka, to już druga z kolei i ta ma prawie równe oczka. Wykonanie siatki sprawia mi coraz większą przyjemność, bo robię ją już dość płynnie, zaczynam się od tego uzależniać. Nie mogę się już doczekać haftu na siatce, ale to ekscytujące.Więcej o tej technice jeszcze napiszę, mam nadzieję, że ją polubię.


 Jak powstała " Baba".

 Do zaczepienia nitki na której plecie się siatkę potrzebny jest solidny przedmiot, który po pociągnięciu nitką nie upadnie. Każdy radzi sobie jak umie, ja zaczynałam od zaczepienia siatki na krześle lub na ciężkim świeczniku.
Poprosiłam Miśka o pomoc, zawsze twierdzę, że stanowimy dobry duet (Ja wymyślam, próbuję tłumaczyć co chcę i jak to ma mniej więcej wyglądać, a M jako inżynier składa coś z niczego),  trochę różnych pomysłów i jak zwykle pełna improwizacja i recykling. 
Na poniższym zdjęciu doskonale widać przeobrażenie przedmiotów.  Krążek ze sztangi zdobyty na złomowisku i kawałek trzonka od motyki, takie coś otrzymałam od Miśka. Super ciężkie, pożyteczne, nadające się,  ale czy piękne? chyba nie. Musiałam to coś ozdobić. Uszyłam więc pokrowiec, miejsce puste wypchałam napełniaczem do poduszek, związałam i to coś nazwałam " Babą". Teraz  super Baba ma wiktoriański szyk, można bez obawy postawić na stole i pleść, pleść, pleść......................


Dalszy ciąg mojej przygody z Babą nastąpią niebawem........................