środa, 10 listopada 2010

Wersal, koafiury, pudry i róże

Maria Antonina


Historia to moje drugie hobby po robótkach wszelakich, więc niestety  czasami męczę wpisami o niej , jednak wybiórczo, troszkę  z życia dam . Dzisiaj o fryzurach XVIII wieku, czyli inaczej o koafiurach, troszkę o pudrach i różach, czyli o babskich sprawach tak bliskim każdej z nas.



Dworski styl życia symbolizowały praktyki, jedną z nich "stanowiło obfite nakładanie różu na policzki - nie delikatnych cieni, ale ogromnych, precyzyjnych kół w kolorze zbliżonym do szkarłatu.Casanova uważał, że róż podkreśla oczy kobiet i wskazuje na "miłosny szał", natomiast wdowy - na przykład Maria Teresa - przestały się malować, dając tym samym wyraz powadze. Maria Antonina, mimo swojej wspanialej cery,musiała go nakładać co ranka na oczach "całego świata". Jednak różu w Wersalu nie noszono po to, by czarować. Stanowił oznakę, czy raczej dwie oznaki, rangi i wyróżnienia. Z tego właśnie powodu przekupki wyglądały jak " uróżowane stare lalki", według Madame Vigee Le Brun, ponieważ próbowały naśladować wielkie damy, nie bacząc na zakaz używania różu przez ludzi spoza dworu. Do 1780 roku Francuzki zużywały podobno dwa miliony słoiczków tego kosmetyku rocznie.
      Gości z innych dworów często bulwersowało to, co widzieli. W latach sześćdziesiątych osiemnastego wieku Leopold Mozard uznał, że francuskie arystokratki wyglądają jak drewniane norymberskie lalki z powodu tego "obmierzłego makijażu", nieznośnego dla oczu przyzwoitego Niemca. Cesarz Józef II był równie uszczypliwy i wyśmiewał się z groteskowego wyglądu swojej młodszej siostry. Nakładając róż i wydając na niego niemało pieniędzy - był tak drogi, że biedniejsi ludzie używali czerwonego wina, by zabarwić policzki na pąsowo), Maria Antonina na razie ulegała konwenansom Wersalu"
cytat z książki  "Maria Antonina podróż przez życie" Antoniny Fraser



Inną symboliczną praktyką w Wersalu " było nieodzowne pudrowanie włosów. Obyczaj ten stał się tak powszechny - w 1770 roku bez pudru nie można było dostać się na dwór - że zapach tego kosmetyku oraz pomady, którą aplikowało się najpierw, by go utrwalić) przesiąkł osiemnastowieczny Wersal i na długo pozostawał w pamięci tych, którzy pałac odwiedzili. Podczas obsypywania fryzur pudrem dworzan ubranych w oficjalne stroje okrywano ogromnymi pelerynami, natomiast Ludwik XVI potrzebował obszernego peniuaru. Ogromne konstrukcje z wełny, pakuł, poduszek i drutu, jakby "zanurzone w pojemniku z mąką" których wprowadzenie tak często przypisywano Marii Antoninie, były używane w Wersalu, jeszcze zanim ona tam przybyła"
cytat z książki  "Maria Antonina podróż przez życie" Antoniny Fraser



" Maria Teresa wpadła we wściekłość, gdy przeczytała o koafiurach córki. Wysokie na blisko metr, a ile w nich piór i wstążek! " Młoda , ładna i pełna wdzięku królowa nie potrzebuje takich szaleństw" - ciskała gromy cesarzowa.
       Z łatwością jednak można by wysunąć argument, że jednym z obowiązków królowej Francji - ośrodka świata mody, który z finansowych względów chciał utrzymać się na tej pozycji - było czuwanie, by moda się rozwijała, dodając osobisty przykład. Pióra , które irytowały austriacką cesarzową, dzięki Marii Antoninie stały się tak popularne, że powstał dochodowy przemysł. ...Kunsztowne przybrania głowy, nazwane pofs (pufy), często nawiązywały do losu ich właścicielki - miniaturowe niemowlę i mamka informowały, że księżna de Chatres właśnie urodziła dziecko, malutka urna pogrzebowa przeznaczona była dla wdowy - lub do ostatniego krzyku mody, na przykład lotów balonem czy politycznych wydarzeń, takich jak rewolucja amerykańska.(...) W rzeczywistości losy Paryża zależały całkowicie od finansowego wsparcia arystokracji, dzięki któremu funkcjonował przemysł miasta, produkujący głównie przedmioty zbytku. Dla wielu cudzoziemców sens pobytu w Paryżu stanowiła moda. Thomas Jefferson zaprenumerował magazyn "Cabinet des Modes" i wysyłał ryciny przedstawiające wzory strojów znajomym damom w Ameryce."

"Sławny fryzjer Leonard pojawiał się w Wersalu raz na siedem dni, w niedzielę, pozostawiając codzienną pracę innym, na przykład swojemu pomocnikowi pięknemu Julianowi. Po prostu w tygodniu mistrz miał zbyt dużo zajęć w swoim paryskim salonie. Leonard był żywym, dobrodusznym Gaskończykiem o ostrym dowcipie i gwiazdorskim temperamencie."
cytat z książki  "Maria Antonina podróż przez życie" Antoniny Fraser



Ciekawostki

Oczywiście konstrukcje takie były bardzo czasochłonne (co niezbyt się liczyło), i bardzo kosztowne (co czasem miało znaczenie).
Tak skomplikowanej konstrukcji oczywiście nie można było zdejmować na noc a myciem nikt się nie przejmował. Aby nie zniszczyć dzieła damy spały na siedząco z fryzurą zabezpieczoną odpowiednim pokrowcem - workiem. Czasem trwało to poświęcenie kilka tygodni, aż się konstrukcja rozpadła.
'London Magazine' informował w 1768 roku o pewnej damie, która 'otworzyła', znaczy się zdjęła fryzurę po dziewięciu tygodniach. Wielką musiała być z niej modnisia.
Ale kto powiedział, że jakakolwiek moda ma być przyjazna jej wyznawcom?..
Natomiast była nadspodziewanie przyjazna dla wszelkiej naturalnej fauny zamieszkującej ludzką głowę, a także dla rzadziej spotykanych w tym środowisku zwierzątek.
Lady Coke of Norfolk poroniła z przestrachu, kiedy wykryła myszy w swojej koafiurze. A myszy w owym czasie było mnóstwo w każdym domu, więc trudno się dziwić, że chętnie wybierały sobie takie bezpieczne pomieszczenie.
Wraz z wymyślaniem kolejnych fryzur, wymyślano zatem również… przyrządy, które dawały możliwość drapania skóry głowy oraz pułapki na insekty.

Markiza de Pompadeur

Historia fryzur XVIII wieku jest niesamowita. XVIII wiek jest uważany za "wiek kobiet". To czas, wyrafinowania, maniery, prostoty i koafiur sięgających monstrualnych rozmiarów.
Historia fryzur kobiet 18 wieku można podzielić na kilka etapów.
Nowa era rozpoczęła się w 1713 roku, na uroczystym przyjęciu w Wersalu, kiedy to księżna Shrewsbury pojawiła się przed Ludwikiem XIV z gładkimi i lekko kręconymi włosami, zdobionymi koronkami i kwiatami. Ta pozorna prostota stała się główną tendencją stylu rococo.

Wszystkie panie z obrazów Watteau, Boucher, Patera, de Troyes, Chardin mają fryzury proste i skromne, ale pełne wdzięku , bez względu czy jest to luksusowa markiza de Pompadour czy cnotliwa Maria Teresa . Wystarczy posłuchać nazwy fryzur: "Butterfly", "sentymentalny", "tajne", "maminsynek".
Jednak gdzieś od połowy lat 70-tych fryzura "dorastała" ponownie, aż osiągnęła niesamowite kształty i rozmiary.
Rewolucja francuska zmieniła to wszystko.



W drugiej połowie XVIII wieku Europę ogarnęła anglomania, a więc naśladowano także angielskie fryzury, a te w porównaniu z francuskimi były znacznie uproszczone. Damy pozbyły się uciążliwych peruk, a włosy, najczęściej już nie pudrowane, opadały swobodnie na ramiona w obfitych puklach i lokach.

Mozart u fryzjera

czwartek, 4 listopada 2010

Komplet fiołkowy



Ułożyłam sobie plan i na razie trzymam się go ściśle, jest to dla mnie bardzo męczące i nie wiem na jak długo wystarczy mi cierpliwości, efekt opanowania chaosu to ukończony komplecik fiołkowy. Wyciszyłam nerwy jak zobaczyłam że ze sterty pozaczynanych prac trochę ubyło.



Komplecik przeznaczony jest do haftu nocnego tzn. zapakowany w sakiewkę zmieści się do torebki i powędruje ze mną na nocne dyżury, na których jak jest spokój wykonuję drobne hafty, nic się nie zgubi i nie sponiewiera w torebce.



Do uszycia sakiewki wykorzystałam haftowany w fiołki i prymulki materiał który wiele lat temu wyszperałam w sklepie "wiadomo jakim", leżakował pewnie z dziesięć lat aż nabrał mocy.



 Pomysł na uszycie sakiewki zaczerpnęłam z zagranicznych blogów, niesamowicie proste , nieskomplikowane szycie i obyło się bez tunelu na sznureczek. Muszę tylko zapolować na ładne fioletowe guziczki i na nie zamienię kwiatki jak tylko coś odpowiedniego znajdę.



Materiał spodni zauważyłam w Szmatce, podpasował mi idealnie, wprawdzie kolory na fotografiach są takie jakie same chciały wyjść, robione wieczorem do sztucznego światła, ale w najbliższym czasie nie będę miała czasu, na uwiecznienie "dzieła"  więc zostaną takie.



Moją inspiracją były sakiewki noszone przytroczone do paska przez damy, komplecik taki troszkę inspirowany buduarowo - barokowym stylem, lubię się bawić wykonując takie drobiazgi, a nie zawsze mam czas na realizację mikro pomysłów. Część zaczerpnęłam z gotowego wzoru tj. wzór fiołków ,pokrowiec na nożyczki i wachlarzyk , reszta to pomysły które rodziły się na poczekaniu.



Bransoletka jako poduszeczka na igłę którą można zatykać podczas wyszywania lub na  szpilki które używam podczas szycia, już wypróbowałam , bardzo ułatwia organizację pracy.



Pokrowiec na nożyczki, w środku wyścielany materiałem w kwiatuszki.




Wachlarzyk  - igielnik, malutki , wystarczający na zapas igieł.





Pokrowiec na mulinki, wystarczy na drobne hafty które zamierzam zabierać ze sobą do pracy.



Wszystko spakowane, gotowe , czekające na mój dyżur. Mam nadzieję że nie zanudziłam tak długim wpisem.
Jednocześnie chcę podziękować za komentarze jakie pozostawiłyście pod poprzednimi postami, znowu jestem zajęta ale za chwilę obiecuję poprawę, będę odpisywać i wędrować z wielką przyjemnością po waszych blogach.
Pozdrawiam cieplutko.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Spacer po histori



Tak się składa że od jakiegoś czasu pracuję wtedy gdy inni całymi rodzinami odwiedzają groby bliskich i niestety mam z tego tytułu wyrzuty sumienia, pocieszam się jednak że mam dużą rodzinę i groby nie są opuszczone. Moje korzenie pochodzą z okolic Krasnobrodu więc mam  za daleko, trzeba odbyć całą wyprawę aby się tam znaleźć.  
Tu gdzie losy mnie rzuciły jest wspaniała stara nekropolia, więc udaję się na spacer wieczorem gdy światełka ogarniają całe wzgórze cmentarne, jest wtedy przejmująco pięknie. Dzisiaj jednak spacerowałam za dnia i poprosiłam Miśka aby zabawił się aparatem, chciałam zatrzymać klimat nekropolii na fotografiach. Zaopatrzeni w całą reklamówkę zniczy spacerowaliśmy , właściwie zwiedzaliśmy starą część cmentarza, zapalając światełka na opuszczonych, zapomnianych grobach, tak jak czyniliśmy zawsze gdy nie mogliśmy pojechać do bliskich.


Stare groby, rozsypujące się kamienie, świadkowie upływu czasu , obserwują pokolenia ludzi którzy co roku spacerują w ich cieniu a potem ci sami ludzie znikają pochłonięci przez ich zimne ramiona, pozostawiając po sobie napis z imieniem , czasami fotografię. I tak rok po roku, dzień za dniem, śmierć przecież jest częścią naszego życia , czy nam się to podoba czy nie.


Chwila zadumy, podziw dla pięknych rzeźb na starych nagrobkach, jedne odnowione , inne pokryte mchem i bluszczem, anioły zamyślone nad losem tych którzy odeszli , pochylone nad tymi którzy rozpaczają po stracie zadając aniołom pytanie "dlaczego", a anioły?..... nie odpowiadają, smutno zachowując tę tajemnicę dla siebie.






Wzgórze rozciąga się , jest wielkie , nekropolia sięga więc daleko, drzewa swym cieniem otulają tysiące żołnierzy z różnych lat walk, od bitwy o Twierdzę , I i II Wojnę światową, różnych narodowości i wiary, historia tego miejsca jest bardzo ciekawa. Można odczytać ją na każdym kroku, ale o tym może innym razem.




Przytulony do  wielkiej nekropolii w lasku przycupnął cichutko Kirkut z macewami na których trudno już dziś cokolwiek odczytać, z nowszymi nagrobkami utrwalającymi pamięć o tych rodzinach które zginęły w czasie ostatniej wojny, cisza jest wymowna.



Spacerowałam w tej ciszy , dotykałam mchu na tablicach, to co czułam trudno mi jest opisać, była to głęboka empatia tego miejsca, uciekłam , nie wytrzymałam swoich uczuć.



sobota, 30 października 2010

Misa owocowa



"Jesienią nostalgia jest nieunikniona, teraz codziennie to właśnie ją tulę w swoich ramionach".
Wracając z dyżuru brnęłam w opadłych kolorowych liściach, pokrytych szronem jakby posypane cukrem pudrem ,leżały chrupiące i pozwalały nogom szeleścić  po ich powierzchni. Szkoda, to ostatnie liście , stanie się teraz szary smutek, serce mi pęknie od melancholii.


A coby nie było tak okropnie smutno to melduję że zapanowałam nad chaosem domowym, zaczynam od dzisiaj walczyć z chaosem robótkowym. Tymczasem , bo bardzo pusto tu u mnie, misa owocowa . To przy okazji układania owoców pomyślałam że zrobię nowe zdjęcia do albumu, stary produkt , dawno wykonany to i zdjęcia były nie najlepsze. Należą się jej nowe, bo misa bardzo zasłużona i ulubiona.


Właściwie to jest  terakotowa podstawka pod wazony na taras , taką można kupić w sklepie ogrodniczym, ciężka bardzo. Jak widać motyw serwetkowy naklejony na całość, płatki miedzi i złota wtopione w jasną farbę , kropeczki na środku, a całość przetarta papierem ściernym. Pokryłam werniksem Maimerii tj.szkliwo matowe, eksperyment udany odporny na sok owocowy i wodę , trzyma się wyśmienicie. Misa służy mi do układania owoców w kuchni, służy dzielnie już kilka lat.
 

środa, 27 października 2010

Chaos robótkowy



U mnie jak widać na zdjęciu trwa chaos robótkowy, tak wiele prac mam pozaczynanych że nie bardzo wiem za co mam się zabrać. Wszystko zależy od mojego zmiennego nastroju, albo chwytam wróżkę, albo fiołki albo zaczytuję się w Marii Antoninie i przy okazji szperam dodatkowo w historii. Pomiędzy dyżurami plątam się w robótkach , wszystko w kąciku robótkowym ( czyli na stole w "salunie") leży razem i zrobił się wielki bałagan. Nie umiem się skupić na jednej rzeczy. A że czasu ostatnio mało to wygląda jak wygląda. Jednocześnie na stole w kuchni drugi bałagan z decu, przygotowuję deskę pod moją haftowaną ikonę i inne co nieco. Pomocy potrzebuję chyba u psychologa, myślę że to efekt stresu związanego z pracą ale o tym pisać nie będę. I takim to sposobem zatkałam się blogowo, znowu mam zaległości. Z tym chaosem idę robić porządki bo nie ukrywam w domu też panuje chaos, musi powstać jakiś plan bo inaczej nie zapanuję nad niczym. Miłego dnia więc życzę wszystkim odwiedzającym mojego bloga z nadzieją że za chwilę coś uda mi się ukończyć i pokazać, a tym czasem żelazko w dłoń i zapanujmy nad stertą prania. Brrrrrrrrrrrr ale ja tego nie lubię, nuda.



A tutaj zdjęcie postępów mojej córci w haftowaniu Sankt Petersburga , jak widać chyba ma to po mnie, zostawiła sobie najlepszy kęsek w postaci kolorowej cerkwi na koniec i wyszywa boki obrazu. Bardzo pracochłonny obraz ale cieszę się że jeszcze go nie zostawiła i powoli brnie do przodu.

środa, 20 października 2010

Dziękczynienie w lipowym drewnie


Chrystus Frasoblowy

Sama nie wiem od czego by tu zacząć, ale chyba od początku. Skąd u mnie zainteresowanie "ludowszczyzną"? ano z lat dziecinnych , tańcząc w zespole Pieśni i Tańca "Roztocze" chłonęłam ludową muzykę, paradowałam w strojach ludowych , a potem zainteresowałam się szczegółami strojów . I tak umiem zatańczyć tańce narodowe, tańce różnych regionów naszej ojczyzny, rozróżniam stroje regionalne, podziwiam hafty i koronki itd. Zostałam uwrażliwiona na autentyzm tańca i sztuki ludowej, potrafię wybrać to co w tej sferze najpiękniejsze, odsiewając tandetę i chłam jaki zakrólował choćby na Krupówkach w Zakopanem. Teraz produkuje się w Chinach pamiątki z Zakopanego, brrrrrrrrr jak to kupować można. Trzeba się dobrze nagimnastykować żeby odnaleźć perełkę.

Ja znalazłam, na powyższym zdjęciu jest rzeźba Chrystusa Frasobliwego, dla mnie jest piękna, przemawiająca swoim ciepłem, Jezusek się zastanawia i z troską na mnie patrzy. Sztuka ludowa beskidzka jest wesoła, pozytywna, radosna i takie są wszystkie figurki w przydrożnych kapliczkach. I taka forma wiary mnie najbardziej odpowiada.

Sztuka ludowa charakteryzuje się prymitywizmem i naiwnością formy, przyjmuje się ją i akceptuje bądź odrzuca. Różni się od sztuki akademickiej, wyuczonej tym że sztukę akademicką kontemplujemy a sztukę ludowa przyciąga swoją treścią i wyrazem, min.stosowanie żywych kolorów , nie złamanych , nie mieszanych.


A gdzie ją odnalazłam?         A tutaj w Suchej Beskidzkiej gdzie zatrzymaliśmy się      w Karczmie "Rzym",  a że nie miałam z diabłem żadnych układów dziarsko przekroczyłam jej próg. Oczom moim ukazała się galeria rzeźb i nie mogłam się od niej oderwać.


Pogawędziłam z właścicielem i zaczęłam oglądać to co najchętniej bym kupiła, wszystko to co wskazałam palcem to rzeźby Stanisława Kwaśnego, coś w tych rzeźbach było pociągającego. I tak wybrałam moją figurkę. Charakterystyczny mały palec zaokrąglony jak u mojego Chrystusa.

Poniżej kilka rzeźb z galerii w której wystawiają najbardziej znani artyści ludowi tamtego regionu.





Stanisław Kwaśny to rzeźbiarz i artysta ludowy, mieszkający w Mesznej. Jego rzeźby znajdują się w galeriach w kraju i za granicą, od Niemiec do Meksyku po Japonię. Ma w dorobku wiele nagród min. Złoty Krzyż Zasługi za osiągnięcia artystyczne oraz popularyzację rzeźby ludowej wśród młodzieży i dorosłych.

Zauważył go ks.Jan Twardowski i zdjęcia jego rzeźb posłużyły do ilustracji ponad 20 tomików poezji ks.Jana Twardowskiego.

Wędrując po Polsce wykorzystuję sytuacje do poszukiwań miejsc, ludzi, rzeczy które warto zobaczyć i zapamiętać z myślą :

"Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie"

Jeżeli kogoś zainteresowałam i został ze mną do końca wpisu, temu bardzo dziękuję, wiedząc że dla większości to co piszę o sztuce ludowej wydaje się śmieszne, nie wartościowe, ale ja uważam że warto o tym mówić. Dlaczego zachwycamy się sztuką etno innych krajów? może oni wiedzą jak ją pielęgnować, może są dumni że tym właśnie różnią się od innych nacji?
A my ? 

wpis przeniesiono z poprzedniego blogu .

Maria Antonina



Wszystko poszło precz, nawet zamglonej jesieni nie zauważam, a to za sprawą książki  "Maria Antonina, podróż przez życie" A. Fraser. Mam ją dzięki Renatce która obdarzyła mnie wielkim zaufaniem i wypożyczyła mi tę książkę do przeczytania, Renatko jeszcze raz ślicznie dziękuję, jestem teraz szczęśliwa że mogę zagłębić się w świat XVIII - wiecznej Francji.



"..............W ciągu kilku lat jej uroda ( czy też wrażenie piękna jakie roztaczała) rozkwitła...........Sylwetka się zaokrąglił, zwłaszcza biust. Duże, szeroko rozstawione błękitne oczy były pełne wyrazu, a krótkowzroczność dodawała spojrzeniu łagodności. Włosy, na tyle, na ile można było dostrzec ich naturalny kolor spod grubej warstwy pudru, ściemniały - z dziecięcej barwy popielatoblond zmieniły się w jasny brąz i były bardzo gęste. Wady jej urody oczywiście nie znikły. Nos był nadal orli, a z wiekiem stał się bardziej widoczny. Coraz bardziej wyszukane fryzury zakrywały powszechnie znane wysokie czoło, jednak nic nie można było zrobić z habsburska wargą. Artyści starali się jej nie zauważać....................Powszechnie zachwycano się promiennym uśmiechem królowej. Zawierał w sobie "czar", który według przyszłej Madam Tussaud, był piękny, by podbić serce "najbardziej brutalnego nieprzyjaciela"....................nawet Tilly musiał przyznać , że nigdy nie widział piękniejszej cery, szyi, ramion, rąk i dłoni............... Baron de Besenval powiedział; "Było coś zachwycającego w tym, jak trzyma głowę, cudowna elegancja we wszystkim co robi, która sprawiała, że mogła konkurować z innymi kobietami lepiej wyposażonymi przez naturę, a nawet je pobić"



Jestem zachwycona możliwością czytania o detalach życia codziennego w Wersalu, nader ciekawe przedstawienie wszystkich ceremonii, otoczenia, świty królowej, która towarzyszy jej od wstania z łóżka aż do chwili snu. Brak prywatności, no może tylko w nocy wszyscy się ulatniają, biedaczka, nie wyobrażam sobie takiego życia. Ale coś za coś , chyba tak się to mówi.

" Nakładam róż i myję ręce na oczach całego świata"
Maria Antonina o swoich codziennych zajęciach 12 lipca 1770

" Być może nikt nie oglądał zmysłowych figli Ludwika XV z Madame du Barry, ale niewiele więcej w Wersalu odbywało się bez świadków.....................Ceremonie wypełniały królewski dzień. W ich skład wchodziło poranne wstawanie, w czasie którego w obecności licznych dworzan dokonywano oficjalnej toalety, a wieczorem również oficjalnie udawano się na spoczynek.Prawo wejścia na te ceremonie, które mimo swojego pozornie intymnego charakteru nie miały żadnych cech prywatności, ceniono sobie jako wyznacznik osobistego prestiżu................Potem był publiczny obiad. Każdy, kto ubrał się mniej więcej przyzwoicie, mógł przyjść i gapić się na członków królewskiej rodziny przy stole.A ponieważ oddzielne gospodarstwa oznaczały przy niektórych okazjach oddzielne posiłki, klatki schodowe roiły się od ludzi pędzących od jednego obiadowego spektaklu do drugiego."



" Pewnego razu Maria Antonina rozebrała się do naga i włąsnie miała włożyć bieliznę, odbieraną przez pierwszą damę sypialnianą z rąk głównej ochmistrzyni. Zgodnie z planem ta zdjęła już rękawiczkę, by wziąć koszulę. W tym momencie przybyła księżniczka krwi, księżna d"Orleans. Jej wejście zapowiedziało charakterystyczne drapanie w drzwi, które w Wersalu zastępowało pukanie. Ochmistrzyni zgodnie z etykietą przekazała koszulę księżnej, która zaczęła zdejmować rękawiczkę. Maria Antonina czekała, oczywiście cały czas naga. I trwało tak nadal, gdy w drzwiach pojawiła się kolejna księżniczka, hrabina de Provence, która jako członkini rodziny królewskiej przejęła przywództwo w ceremonii, a więc i koszulę. Przez cały cza Maria Antonina stała ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, drżąc z zimna. Próbowała zatuszować swoje zniecierpliwienie śmiechem, jednak najpierw wymruczała pod nosem, tak by wszyscy słyszeli " To doprawdy irytujące! Wręcz śmieszne."

Umieściłam kilka cytatów, mam nadzieję że nie zanudziłam , ale jestem tak podekscytowana czytaniem, przypominam sobie nazwiska dawno zapomniane, wydarzenia historyczne które uciekły z mej pamięci, wracam kilkakrotnie aby jeszcze raz utwierdzić się kto jest kto. O modzie będzie w innym odcinku.

Pozdrawiam wszystkich cieplutko i dziękuję za komentarze pod poprzednim postem, oraz za udział w" Różowym tygodniu"

niedziela, 17 października 2010

Dziewczyna na polu lawendy



Dzisiaj kulminacja tygodnia  pod hasłem "Różowej wstążeczki", przygotowałam więc jedną pracę, to kołderka pod filiżankę lub czajniczek . Obrazek przedstawia dziewczynę w różowej sukience na polu lawendy, widoczek otoczony różową wstążką. Tak, zapewniam że wstążka jest różowa, tło haftu różowe i materiał w kwiatki jest amarantowy i ma różowe kwiatki, niestety w ten pochmurny dzień aparat płata figla i troszkę czerwonawy ten róż wyszedł, trudno musicie wierzyć mi na słowo. W środku kołderki jest ocieplinka i pod obrazkiem również, kawa nie powinna więc szybko wystygnąć.  Lubię takie zabawy gdzie mogę puścić wodze fantazji i coś sama zaprojektować i uszyć.



Kołderka pasuje kolorystycznie do mojej filiżanki w wiktoriańskie różyczki , one też są bardziej różowe niż czerwone. Ogólnie kolor różowy bardzo lubię , oczywiście odcieni jest tak dużo że zawsze można z nich coś sobie wybrać.




Chciałam podziękować wszystkim kobitkom które w jakiś sposób zaakcentowały solidarność kobiecą i wykonały swoje różowe prace, w zamian wirtualnie chciałam przekazać wam jaśmin związany różową wstążeczką, proszę weźcie  go ode mnie , nie mogę inaczej podziękować, jesteście kochane, na was można zawsze polegać .



A to linki do różowych prac ;

Izary - zabawy w wygrywanie pod różową wstążeczką ( kawał dobrej roboty)
Alexls - różowe biscornu
Ann Margaret  - różowa frywolitka
Kinia  - Mysia baletnica
Maja - zawieszka z różowym naparstkiem
Monique - wianek z różowym ptaszkiem
Antica - szydełkowe podusie
Colorina - różowe scrapuszko
Roma - różowe serduszko
Elżusia - okładka na zeszyt 
Eda - różana taca 
Xgalaktyka - różowe chusteczniki 
Renatka - metryczka
Millu - różowe candy
Madzia - różowe biscornu
Jawora - breloczek
Moteczek - szydełkowe serduszko

Muszę jeszcze dopisać , zaglądnijcie koniecznie jakie dania na różowo przygotowała Szarlotka inicjatorki akcji Różowego  tygodnia a także inne osóbki uzdolnione kulinarnie, ja jak patrzę na te wytwory do ślinka mi kapie na klawiaturę, mniam..........

Jeżeli jest ktoś jeszcze kto wykonał różową pracę proszę dać znać pod tym postem a dopiszę go z przyjemnością do listy.

Mało nas w tym roku ale stawiam na jakość nie na ilość , każde uratowane komuś życie jest na wagę złota , nieważne w jaki sposób to zrobimy , ważne że próbujemy.