sobota, 6 lipca 2013

Światło zamknięte w krysztale.


 Jak obiecałam będzie jeszcze opowieść o pewnym miejscu które odwiedziłam podczas swojego urlopu. 
Wędrując po górkach spiekłam się na bordowo  ( chociaż raz pogoda mi dopisała),  więc zrobiliśmy przerwę aby zwiedzić Hutę Szkła Kryształowego " Julia" w Piechowicach koło Szklarskiej Poręby. Byłam bardzo ciekawa jak wygląda produkcja szkła kryształowego , a taka możliwość zaistniała odkąd można zwiedzać hutę i na własne oczy zobaczyć produkcję. Podstawowe etapy zwiedzania huty z przewodnikiem obejmują: dział wytopu, czyli ręczne i mechaniczne formowanie szkła kryształowego, odprężanie, studzenie oraz przygotowanie wyrobu do dalszej obróbki, zdobienie, szlifowanie, prezentacja wyrobów gotowych oraz przejście do galerii szkła.
 Szklane hutnictwo jest przemysłem powoli wymierającym. Rzemiosło, które kiedyś masowo występowało w Polsce, teraz staje się produktem bardzo niszowym. Warto więc zobaczyć, jak przebiega proces wyrobu kryształów.


 W 1842 r. w Szklarskiej Porębie Hrabia Schaffgotsch zainwestował w Hutę Josephina, która w 1923 r. połączyła się z piechowickim zakładem szklarskim działającym od 1866 r. Zakład ten przeobraził się w hutę, a w 1956r. rząd niemiecki wymusił na polskich władzach oddanie nazwy Josephine, dlatego też powstała nazwa Huta Julia. Przedostatnim zarządcą huty był Polak mieszkający w Stanach Zjednoczonych, który część zbiorów przy okazji ogłoszenia bankructwa, prawdopodobnie zabrał ze sobą. Jednak w momencie prywatyzacji, czyli przed okresem, kiedy pojawił się amerykański zarządca najatrakcyjniejsze zbiory zabezpieczyło Muzeum Szkła. Część z nich można oglądać w Muzeum Karkonoskim choć większość jest wciąż ukryta w magazynach.

W  hucie można zakupić wyroby tu produkowane, które wysyłane są do 20 krajów z całego świata m.in. na rynek arabski, do Maroka, Tajlandii, Francji, czy też Włoch, można kupić pojedyncze i unikatowe egzemplarze których nie ma na rynku w Polsce. Wykorzystywane są stare projekty , nowoczesne formy, białe szkło lub kolorowe, co kto lubi.  Najnowsza kolekcja była inspirowana XIX-wiecznymi rysunkami. 



W sklepie dostałam oczopląsu i małpiego rozumu, tyle wspaniałości , a ja chciałam sobie wybrać jakiś drobiazg. Kupiliśmy kieliszek do wina dla mnie i szklankę do drinków dla Miśka , z kolorowej kolekcji która kojarzy się trochę z gotykiem , dawnymi epokami. Szkło pięknie załamuje światło, można się gapić bez końca, a trunki smakują wyśmienicie .
Wiem, nie każdy lubi kryształ, kojarzy się nam trochę z PRL-em, ale to już zamierzchłe czasy. Szkło kryształowe stało się towarem luksusowym,  drogim. A ja wiem dlaczego. Zdobyłam wiedzę, zobaczyłam przez ile rąk musiał przejść mój kryształowy kieliszek, ręcznie zrobiony i ręcznie szlifowany, wiem ile pracy w niego włożono. A że ja doceniam ręczną robotę , nabrałam szacunku do kryształowego szkła. Wstyd mi teraz że tak po macoszemu traktowałam swoje dwa kryształowe wazony, które dostałam w prezencie trzydzieści lat temu i to jeden od taty. Próbuję je troszkę odświeżyć sodą i octem. Dowiedziałam  się jak dbać o kryształy ;myje się w zimnej lub letniej wodzie i płucze wodą z octem, potem osusza się na ściereczce, nabierają blasku.
I tak to kupując piękny, polski produkt , włożyłam małą cegiełkę w zachowanie tej dziedziny sztuki, bo tak to nazwać trzeba. Ciągle nie doceniamy tego co posiadamy w już bardzo okrojonym wymiarze.Wiele hut szkła na tym terenie zostało zamkniętych,a szkoda. No ale czemu się dziwić, skoro lansujemy producentów zagranicznych we wszystkich gazetach, blogach itp, ale to innym razem, temat na inną dyskusję. Proszę się nie gniewać , będę zachwalać , bo polskie, bo piękne.
W każdym bądź razie , polecam wycieczkę do Huty "Julia" i jak przy tym przyjdzie nam chęć na zakupy  to tylko w sklepie przy hucie, ceny producenta bez marży. Przybliżając ; mój kieliszek kosztował 25 zł, gdybym chciała kupić komplet sześciu kieliszków zapłaciłabym 150 zł. Ten sam zestaw kieliszków w sklepach internetowych wynosi od 290 zł  i wzwyż. Czyli zakupy tylko w Hucie przy okazji pobytu w tej okolicy. Polecam 

A jak ktoś ciekawy to zapraszam na film przybliżający temat.

sobota, 29 czerwca 2013

Widokówka z wakacji


 Wakacje podzieliłam na małe etapy, takie małe wędrowanie po miejscach dobrze mi znanych jakiś czas temu.Oto migawki z wakacji.

Karkonosze moje kochane góry z lat młodości. Mieszkając we Wrocławiu  korzystałam z wypadów w te góry, wsiadałam w pociąg do Jeleniej Góry, potem w autobus do Karpacza albo Szklarskiej Poręby i włóczyłam się po szlakach sama albo w towarzystwie koleżanek ,a potem Miśka.Wydeptałam wszystkie ścieżki, nocowałam w każdym schronisku i w zamku na Chojniku - kiedy to było? a niedawno , jakieś trzydzieści lat temu. Potem zabrałam swoje dzieci w Karkonosze, chciałam aby same zobaczyły jak tu pięknie - kiedy to było? och niedawno, jakieś szesnaście lat temu. A teraz w podróż sentymentalną wyruszyłam moim ulubionym szlakiem wiodącym w górę, od podnóża Świątyni Wang, przez Polanę, Samotnię, na Śnieżkę.
W miejscu ukochanym ,przy Małym Stawie  i schronisku Samotnia nastąpił postój, zdjęliśmy buty , ułożyliśmy się na trawie podziwiając widoki i ciesząc się ciszą, tak, to lubię najbardziej podczas swoich wędrówek. Niestety ciszę przerwali nam pseudoturyści, ryczące potwory, które uskuteczniały zdjęcia na tle jeziorka koniecznie z puszką piwa w ręku , trzeba było zwijać majdan i ratować się ucieczką w stronę Śnieżki.

Oto jak widział okolicę stawów w Karkonoszach w czasie swojej wędrówki po Dolnym Śląsku latem 1844 roku Bogusz Zygmunt Stęczyński:


"A przeszedłszy przez górę Srebrnego Grzebienia,
Stajemy niespodzianie pełni zdziwienia.
Czarny Staw (Wielki Staw )połyskuje się wśród skał ołtarza.
Wdzięczy się z odległości, a z bliska przeraża.
A u stóp mamy jezioro drugie ( Mały Staw ),
Tylko głębsze, smutniejsze, bez ozdób natury,
Ponieważ ma wokoło obnażone góry,
I posiwiałe barwą kamienie ogromne,
Szarpane siłą czasu, leżą wiekopomne.
Tam szałas, od pasterzy w lecie zamieszkany,
Od gości unużonych bywa odwiedzany,
W którym ogień całą noc pali się z łoskotem,
A pasterze wokoło śpiąc, leżą pokotem..." 


Książ odwiedziłam przypadkiem, Misiek miał sprawy do załatwienia w Wałbrzychu a mnie pozostawił w parku pałacowym. Miałam więc okazję pospacerować wśród kwitnących rododendronów chowających się w cieniu drzew.
Zwiedzając pałac dowiedziałam się wiele na temat historii tej budowli w czasie II Wojny Światowej, jego przebudowy przez organizację Todt w siedzibę samego Adolfa Hitlera, nowością dla mnie było zwiedzenie podziemia. Książ skrywa nadal tajemnicę , jeszcze niezbadaną, nikt nie wie co ukrywają tunele wydrążone pod pałacem, czy ciągną się do Walimia i Osówki? Ciekawe kiedy tajemnica wyjdzie na jaw. Mnie jednak zabrakło opowieści o Księżniczce Daisy. Trudno , pogłębię wiedzę o jej osobie na łamach internetu.
 
 
Kilka dni spędziłam we Wrocławiu u dzieci, pospacerowałam , podziwiałam zmiany. Ale już tak mam, że lubię szukać w miejscach mi dobrze znanych, czegoś co umknęło mi kiedyś , czegoś czego jeszcze nie widziałam. I tak zawędrowałam na Cmentarz Żydowski przy ulicy Ślęża. Jest niesamowity ; nie słychać tu dźwięków dochodzących z ruchliwej ulicy, tylko śpiew ptaków i cisza. Całość niesamowicie urokliwa, nagrobki oplątane przez powoje , zarośnięte paprociami. Cmentarz wyraźnie odróżnia się od kirkutów Europy Wschodniej , jakie  niejednokrotnie odwiedzałam. To miejsce różnorodnych form sztuki nagrobnej, bogatej symboliki, niezwykłego zdobnictwa macew oraz budowli. Niektóre z nich wzorowane są na stylu mauretańskim czy egipskim. Pochowano tu wielu wybitnych i znanych z historii osób. Polecam spacer po tym zaciszu. 


 Będąc w Karpaczu zrobiliśmy wypad jednodniowy na czeską stronę do Skalnego Miasta w Ardspachu. Nadal jestem pod urokiem tego miejsca. Imponujące widoki, przebywanie wśród wielkich, pięknie ukształtowanych form skalnych to dla każdego niebywałe przeżycie obcowania z naturą. Skalne Miasto to masyw górski w Sudetach Środkowych, w Czechach, będący fragmentem Gór Stołowych . W zdecydowanej większości składa się z piaskowców, które przez miliony lat wskutek erozji i działalności rzek i strumieni ukształtowane zostały w niesamowite formy. Wiele z nich posiada własną nazwę jak: Głowa cukru, Kochankowie czy Starosta i Starościna itd. Można popływać tratwą i przeżyć małą przygodę z czeskim humorem, a co to znaczy przekonajcie się sami.

I tak to krótko, intensywnie i miło spędziłam swój urlop. Mam jeszcze jedną opowieść , ale to innym razem.

Pozdrawiam cieplutko i życzę wszystkim wspaniałych wakacji.

wtorek, 25 czerwca 2013

Słoneczny przepiśnik


 Jestem już w domu, skończyły się dla mnie wakacje. 2000 km zaliczone, odwiedziłam miejsca które chciałam zobaczyć podczas krótkiego urlopu, odwiedziłam kogo chciałam i jestem okrutnie zmęczona ale jednocześnie bardzo zadowolona ze swoich wojaży. Można więc powoli nadrobić zaległości domowe i blogowe.


 Przepiśnik słonecznikowy powędrował do nowej właścicielki, więc mogę go zaprezentować. 


Do jego wykonania wykorzystałam hafcik z szuflady i materiał w słoneczne paski. 


A to mój kaktus który kwitnie , ma przepiękne pomarańczowe kwiaty i pomimo mojej długiej nieobecności, kwitnie nieprzerwanie, przetrwał, tak jak inne kwiaty. Obawiałam się że zastanę same suszki na parapetach, pomysł wstawienia kwiatów w miseczki z wodą był trafiony. Mogę nadal cieszyć się ich urodą. 


Dziękuję za liczne odwiedziny podczas mojej nieobecności i komentarze.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Nowe oblicze haftu


Nadałam nowe oblicze haftowi " Kwiaty Australii" , nic innego do niego mi nie pasowało , tylko biel. Powstała więc podusia w bieli , dodałam marszczoną falbankę aby utrzymać poduszkę w konwencji moich ulubionych dam. Inspirowana bielizną, halkami obszytymi falbankami. Jestem zadowolona, podusia ma teraz duszę. 


 W zależności od oprawy, haft odbieramy za każdym razem inaczej. Zastosowanie haftu jest bardzo ważne, może on wyrażać się odmiennie np.w ramie byłby czym innym, inaczej na niego spojrzymy. W białej falbance jest bardzo frywolny ale też bardzo delikatny. 

niedziela, 26 maja 2013

Empire

Akcja wszystkich powieści Jane Austen rozgrywa się w epoce Cesarstwa (empire), która swą nazwę wzięła od rządów Napoleona Bonapartego. Nowy typ sukni wszedł na salony tuż po upadku absolutystycznej monarchii francuskiej , reprezentując ducha powstającej właśnie republiki. W odstawkę odeszły zatem ciężkie, kosztowne, bogato haftowane materie, zastąpione ze względu na zubożenie ludzi przez niedrogie, bawełniane tkaniny, z których uszyte są sukienki niezamożnych panien Dashwood czy Bennet. 

I właśnie te sukienki z bawełny w cudne desenie drobnej łączki w przypudrowanych kolorach mnie urzekają , do tego stopnia że zaczęłam zbierać takie kupony materiału . Urzekają swoją prostotą , kolorami ,są miłe dla oka, wyzwalają w człowieku uczucie ciepła. Będzie z nich śliczna kołderka patchworkowa.

Moda Empire, wzorowana jest na antyku – a były to czasy wielkich odkryć archeologicznych i odkopania ruin Pompejów – suknia uwolniła kobiety od tortury gorsetu i kosza, a przede wszystkim wysmukliła ich sylwetkę. Arystokratki mogły sobie jednakże pozwolić pod koniec lat 90. XVIII w. na półprzezroczysty muślin, batyst, a nawet gazę, spod których w ekstremalnych wypadkach można było dostrzec podwiązki. O ile kobieta nosiła pończoszki, gdyż na tym wczesnym etapie damy lubiły mieć gołe nogi. 

Po ustanowieniu przez Napoleona cesarstwa na jego wyraźne żądanie (chodziło nie tylko o podkreślenie splendoru jego dworu, ale i o ratowanie podupadłego przemysłu włókienniczego) suknie arystokratek i zamożniejszych pań stają się bogatsze, w użycie ponownie wchodzą jedwabie, aksamity, atłas i tafta, a włosy dam nakrywają tureckie turbany ze strusimi piórami. 
 Przez całą tę epokę podstawowy fason kobiecej sukni pozostał jednak niezmienny: długa i luźna spódnica nie zaczynała się od talii, ale od wąskiego stanika z dużym kwadratowym lub owalnym dekoltem. Rękaw był albo krótki, bufiasty, albo wąski i długi, często w chłodniejsze dni doczepiany do bufki. Głęboko wszywany do tyłu, wymuszał na kobiecie wyprostowaną sylwetkę. Początkowo długa i z trenem, w początku XIX w. suknia uległa znacznemu skróceniu, dzięki czemu panowie mogli delektować się widokiem zgrabnej damskiej nóżki.Z braku nieistniejących jeszcze swetrów otulały się ciepłymi szalami, które służyły także jako typowy dla empire’u element ozdobny. Głęboki dekolt zakrywano muślinowymi chustkami. Przy wyjściu na zewnątrz w powszechnym użyciu były króciutkie, ledwo zakrywające gors żakieciki zwane spencerami albo długie płaszczyki zwane redingot, wzorowane na męskim płaszczu do konnej jazdy (ang. riding coat). 
Na głowach kobiety nosiły czepki lub osłaniające twarz i włosy kapelusze-budki, a także toczki, berety i turbany. Uczesanie empirowej damy nawiązywało do greckiej lub rzymskiej fryzury antycznej. Modne były także koczki z okalającymi twarz lub tylko jej boki loczkami albo gęste loki (objętość fryzur zwiększano za pomocą tresek). Podczas balów i uroczystości wpinano we włosy diademy lub wieńce.
 Jeśli chodzi o obuwie, w odstawkę odeszły zalotne rokokowe obcasy, zastąpione przez niezbyt zgrabne, płaskie i obwiązujące łydkę taśmą buciki z materiału, które przypominają współczesne balerinki. 
W chłodniejsze dni panie ubierały mało eleganckie trzewiki. 

Źródło informacji Kinoplay
 
Znalazłam ciekawe filmiki z wystawy pn. "Napoleone and the Empire of Fashion",  jeżeli ktoś ciekawy zapraszam do oglądania, przepiękne suknie empire.

piątek, 24 maja 2013

Pudełeczko bardzo romantyczne i rozważne


Pudełeczko robione na prośbę córci jako dodatek do prezentu na ślub koleżanki. 
Długo się zastanawiałam jaki motyw będzie do niego pasował, zamierzenie było inne ale ostatecznie powróciłam do tej romantycznej serwetki którą kiedyś otrzymałam od Mai. Pudełeczko niewielkie, więc duże motywy odpadły a ten jest idealny, bardzo romantyczny, z gołąbkami fruwającymi nad pąkami wiktoriańskich róż ,w kolorze pudrowego różu ,w stylu empire. Ascetyczne, klasyczne, w złamanej bieli, pokryte lakierem Touchme , więc aksamitne i miękkie w dotyku, wykończone wąskimi tasiemkami. A w środku zawiązana zawieszka z dwoma ptaszkami w klatce, interpretacja trochę z przymrużeniem oka. 


Środek pudełeczka wyłożony bawełną w delikatne kwiatuszki, nawiązującym do codziennych sukienek dam w stylu empire, sukienki takie jakie możemy oglądać na filmach min. "Rozważna i Romantyczna" czy " Duma i uprzedzenie" według książek Jane Austen. Zawieszka inspirowana biżuterią tej epoki. Gdy uruchomimy swoją wyobraźnię możemy zobaczyć  zawieszkę na szyi damy pasującą do bawełnianej sukienki w stylu empire.


Dziękuję za komentarze pod poprzednim postem i za wasze współczucie, jakoś kuśtykam powoli. 
Pozdrawiam cieplutko.

wtorek, 21 maja 2013

Od szczęścia do nieszczęścia


Maj oszałamia niesamowitą intensywnością ; w rozkwicie kwiatów, bujnej zieleni, nie można nadążyć za jego pędem. Jak w pędzącym pociągu ucieka krajobraz, tak w maju migają kwity, dopiero kwitły bzy już kwitną irysy i piwonie , za chwilę zdziwię się gdy zakwitną jaśminy. Myślę że to dlatego że nie mam ogrodu i nie mogę na bieżąco śledzić przyrody, w czterech ścianach blokowiska nie zauważam piękna natury. Dopiero gdy Misiek przychodzi z naręczem piwonii , wydobywam okrzyk " to już piwonie kwitną ? o Boże, ale bym przegapiła , są piękne, dziękuję" . I cieszę się jak dziecko z widoku tych przepięknych kwiatów, koloru, i fotografuję ,aby zatrzymać ich ulotne piękno, wręcz napawam się ich bytnością w moim domu, ciągle do nich zaglądam, macam, wącham. 
I to się nazywa szczęście, takie małe, ale szczęście. 


 W drodze z nieba na ziemię zapomniałam stanąć w kolejce po wzrost i taki to krasnoludek ze mnie. Nie przeszkadza mi to zupełnie do momentu kiedy muszę sięgać do wyższych szafek, więc taborecik zawsze pod ręką.Układałam sobie ostatnio szmatki które porozwalane leżały tu i tam po szyciu patchworka. Więc śmigam sobie na taborecik, i myk szmatka do szafki i tak po wielokroć. Aż w końcu taborecik uciekł mi spod nóg i musiałam wykonać akrobacje powietrzne aby uniknąć upadku na plecy. Zapomniałam że ze mnie już leciwa pani, a nie dziewczątko uprawiające gimnastykę, źle wyliczyłam i spadłam niefortunnie na bok stopy. Ból, płacz, odwiedziny na Izbie Przyjęć, prześwietlenia i na szczęście to tylko zwichnięcie stawu skokowego z wielkim krwiakiem. I tak to szycie patchworka doprowadziło mnie do kalectwa tymczasowego. 
To się nazywa nieszczęście, takie małe, ale nieszczęście. 


Zwichnięta stopa zahamowała moja energię skierowaną na potrzeby zmian w moim domu i zmusiła mnie do poszukania bardziej stabilnej, spokojnej i bezpiecznej robótki, powróciłam więc na łono moich haftów, pokorna i bijąca się w pierś, tak bardzo je ostatnio zaniedbałam. I z wielką ochotą rozpoczęłam nowy hafcik, stary rzuciwszy w kąt. Tak jak Maj za oknem potrzebuję ciągłych zmian, wyzwań i pędzę przetwarzając swoją codzienność ,swoje otoczenie. Muszę tworzyć i to jest szczęście, takie małe ale szczęście.

wtorek, 14 maja 2013

Zaklinaczka deszczu w patchworkowej kołderce


Od kilku lat na każdym urlopie i wyjazdach towarzyszy mi deszcz. Urlop na przyszły rok  w pracy planujemy w listopadzie i nie można sobie zmienić terminu, więc powinnam choć czasami natrafić na pogodę , niestety tak nie jest. Zawsze gdzie nie jadę, pogoda się natychmiast psuje, pada, a co tam pada, po prostu leje, jest zazwyczaj zimno i pochmurno; czy to lipiec, czy wrzesień, czy maj. W tę majówkę wybrałam się do Łącka, było cieplutko , słońce przypiekało ,ale jak tylko dojechałam na miejsce , zobaczyłam nad górami granatowe niebo i zaczęła się nawałnica. Dzieci mówiły "wiedzieliśmy że nadjeżdżacie jak tylko usłyszeliśmy nadciągającą burzę". Wszyscy , razem ze mną na czele zaczęliśmy wierzyć w to, że ja przynoszę ze sobą deszcz, i tak to przez ostatnie lata zapracowałam sobie na miano zaklinaczki deszczu. Ciekawe czy jak bym pojechała np. na Saharę to też padałoby? jeżeli tak, to mogłabym bawić się w szamankę, mogłabym wędrować po świecie i sprowadzać deszcz tam gdzie ludzie tego oczekują. Cholibka, ale ja bym chciała przerwać to fatum, chciałabym trochę słońca na urlopie.
 Gdzieś w połowie czerwca wybieram się na urlop - uwaga !!!! jak ktoś planuje urlop w tym terminie ,lepiej wcześniej zmienić plany, w 99% będzie lało, przynajmniej tam gdzie ja będę tzn. w Karkonoszach i we Wrocławiu. Chyba że ..........

 
Co tam, deszczowe dni też mają swój urok, można spokojnie zająć się robótkami . Ja wykorzystałam brzydką pogodę  na ukończenie kołdry dla Klaudyny. Uff! trochę się namęczyłam przy pikowaniu, stwierdziłam że potrzebuje do tego innej stopki, przy okazji taką sobie sprawię.
 Patchwork ma nieziemski urok, wnosi do pomieszczenia ciepło, miękkość. Ma też tą zaletę że można wykorzystać szmatki z recyklingu; nadają się do tego np.stare ubrania. Jeżeli patchwork traktujemy tylko jak dobrą zabawę przynoszącą wymierne korzyści ,a nie jako dzieło sztuki, to wykonanie takiej kołdry nie niesie ze sobą wielkich nakładów pieniędzy, nie musimy zaraz kupować wszystkich nowych materiałów. Do tej kołdry użyłam nowych materiałów w postaci ciemnofioletowych kawałeczków, pozostałe kwadraty i spód to czysty recykling. Przecież pierwsze patchworki powstawały w purytańskiej Anglii, kiedy to kobiety z biedy i oszczędności, wykorzystując zniszczone ubrania zszywały skrawki tkanin, tworząc w ten sposób narzuty dające ciepło. 
Teraz już wiem że powstaną nowe patchworki , jakie to się zobaczy.


Czas na chwilę odpoczynku z herbatką w ręku.

piątek, 10 maja 2013

Szyję sobie .......


Jestem obecnie w amoku robótkowym, który ogarnia mnie kilka razy do roku, teraźniejszy jest wiosenno-euforyczny. Szyję sobie a świat kręci się dookoła i wcale mnie on nie obchodzi, może tylko kwitnące i pachnące drzewa , tak , chyba tylko one.
 Obiecałam córci dawno temu kołderkę patchworkową i czas było dotrzymać słowa. Zainwestowałam w sprzęt, z którego jestem niezmiernie zadowolona, teraz cięcie kwadratów idzie migiem, bez szablonu i zabawy w fastrygowanie szycie jest łatwe i przyjemne. Nowa maszyna choć nie luksusowa szyje cudnie i nic dziwnego że ogarnęła mnie nowa choroba robótkowa. Czołgam się więc po podłodze i fastryguję pikowanie, niestety do pikowania to ja jeszcze sprzętu nie mam , więc muszę robić to na piechotę. Próbowałam metody na taśmę , szpilkowanie , jednak nie bardzo wychodziło, szpilkami tylko się pokłułam. Mam nadzieję że ta metoda da owoce w postaci równo przepikowanej kołdry. No cóż, nauka jest fascynująca ale jednak początki bywają trudne. Grunt to nie poddać się, a po za tym trochę gimnastyki nie zaszkodzi w moim przypadku, może przy czołganiu brzuch mi się spłaszczy ? 

wtorek, 30 kwietnia 2013

Czerwień majówki


 Zabrałam się w końcu za robótki, zatęskniłam za haftem, więc pierwsze co zrobiłam, to ukończyłam bukiet australijskich kwiatów. Teraz się zastanawiam gdzie je umieścić. Pewnie kwiaty powędrują na poduszkę, obrazków u mnie mnóstwo a bukiet będzie się dobrze prezentował na białej poszeweczce. Rozpocznie sezon letni. Tak pięknie zieleń buchnęła całą parą aż żyć się chce. 


 U mnie zagościły goździki, czerwone, choć przypadkowy kolor to wstrzelił się w święta, które przed nami . I jeszcze pierwsze truskawki, mniam. Kolor czerwony akurat na majówkę. 


 Mały miszmasz, haft bez dodatków i haft wykończony konturami i koralikami, prawda że jest to duża różnica. 


Chciałabym wam życzyć udanych majówek, pogody i wielu zapachów soczystej wiosny.

sobota, 13 kwietnia 2013

Dodatki do kuchni


Dziękuje za komentarze, dziękuje za to że do mnie zaglądacie, witam nowe osoby na moim blogu. 
Wiosna w końcu zagląda do okien, słońce grzeje , a ptaki pięknie śpiewają. Od razu  dusza się raduje, a wena przychodzi sama.
Jestem na etapie przerabiania swojej kuchni, o meblach i całości innym razem, teraz tylko o drobiazgach które dodaję do dekoracji. 


Wymyśliłam sobie tacę, wykonaniem zajął się Misiek, całkowicie ręczna robota, narzędzi nie można użyć bo w naszej piwnicy blokowej nie ma gniazdka , więc podłączenie sprzętu do prądu jest niemożliwe.Taca sklejona z czterech deseczek i dwóch poprzecznych. Ja zajęłam się malowaniem;  troszkę bejcy, troszkę farby akrylowej rozpuszczonej w wodzie i wyszedł kolor który mi odpowiada. 


Wykorzystaliśmy uchwyty do szafek kuchennych które właśnie wymieniłam na inne , więc recykling stu procentowy. 


Docelowo taca stoi na szafce kuchennej, taca zrobiona na wymiar blatu szafki, mieści kosz na owoce i kosz na ściereczki i podkładki pod talerze, uszyte niedawno . 


Nauka szydełkowania przydała się, a jakże, uplotłam sobie koszyczek z linki jutowej , dość grubej. Mnie struktura sznurka bardzo odpowiada i jestem zadowolona z efektu. Taki parciany koszyczek pasuje do kuchni, jest dość oryginalny, w każdym bądź razie "inny".
 Lubię wykonywać różne rzeczy sama, i jak mi się strasznie zachce coś zrobić a nie wiem jak to wykonać , uczę się nowej techniki i robię to co chcę, nowości są bardzo fascynujące.


Zabawa przy koszyczku była przednia, nie jest prosto upleść w miarę równe ścianki ze sznurka, ale się jakoś udało. 


A tak to się plecie. 

sobota, 6 kwietnia 2013

Morska bryza


Nigdy nie wiem jak mam napisać pierwsze słowa , zawsze wydają mi się głupie. 
Będzie więc początek; 
Chcę podziękować wszystkim za świąteczne życzenia i jednocześnie przeprosić , zwłaszcza te osoby które są mi bliskie sercu za to że nie odpisałam osobiście na żadne z życzeń. Musiałam odpuścić, aby spędzić kilka chwil z dziećmi które odwiedzają mnie bardzo rzadko i przyjeżdżają do nas na bardzo krótko, wpleść w ten czas moje dyżury w szpitalu. Święta minęły więc tak szybko że nawet ich nie poczułam.


Kolor bryzy morskiej, lazurowego morza, kolor piór kraski , bieli płatków kwiatu, kolory mojej łazienki. Szydełkowe lazurowe muszelki jako wykończenie koszyczków.


A po Świętach złapałam znów za szydełko. Chciałam pokombinować , zastosować w praktyce umiejętność plątania słupków. Dorwałam więc włóczkę zachomikowaną gdzieś na dnie szuflady , bawiłam się szydełkiem i  tak powstały dwa " koszyczki " do łazienki na drobne kosmetyki. Przyborniki takie sprawdzają się w małych łazienkach, można je postawić na półkach , zmniejszają bałagan. 
Uczę się pilnie szydełkowania , mam pewne plany co do tej techniki i przyznam szczerze ; wciąga mnie coraz bardziej. A że potrzebuję odmiany, robienie nowych , nieznanych mi do tej pory rzeczy fascynuje i zaciekawia.