Pozdrawiam cieplutko Jasmin
Pozdrawiam cieplutko Jasmin
Więcej informacji o tym co działo się na Święcie Ceramiki można zobaczyć na blogu o podróżach mojego syna https://www.slothsontrip.pl/, a o nowych wzorach można poczytać Tu.
Przy tym temacie pokażę wam relację z warsztatów na których malowałam biskwitowe płytki kobaltem.Oj trudno się maluje, bo to tak jakbyście malowały rozpuszczoną kredą w kolorze wrzosowym. Zadaniem naszym było zaprojektowanie wzoru na podstawie ludowych elementów z wzornika dolnośląskiego , wzór przez nas wymyślony trzeba było rozmieścić na sześciu płytkach.
Nasze wypociny pojechały do Bolesławca do wypalenia w piecu, co z tego wyniknie to wielka niewiadoma, jestem strasznie ciekawa efektu końcowego, może być to również zupełna klapa, ale jest to bardzo ekscytujące.
Tutaj maluję kobaltem jedną płytkę dla siebie jako wprawka przed większym elementem, w zamyśle jest to serce z niezapominajkami.
Moja wprawka, chyba trochę za grubo położony kobalt, i chyba popęka.
Mój projekt na sześć płytek, trochę nieudolne, ale jak wciągające zajęcie. W większości porcelany bolesławieckiej malowana jest pieczątkami, ale już jak kłaść kobalt to już inna bajka, podziwiam twórców.
Pozdrawiam cieplutko
Jasmin
Miesiące letnie postanowiłam spędzić w sposób jaki dotychczas nie robiłam, nie umiałam. Sposób ten to konsumowanie życia " na żywioł", bez napinki, robienie wszystkiego co mi się akurat chciało, bez ciągłego "muszę zrobić". Nic już nie muszę, w życiu już zrobiłam wszystko, teraz mogę albo chcę. Tak to też wiele się działo i nic się nie działo , trudno mi na blogu wszystko nadążyć opisać, więc się nie dziwcie , że przez lato będą sobie takie małe urywki z życia emerytki.
Tu chciałam się pochwalić nowym wyszperanym nabytkiem, wyciągnęłam z czeluści pudeł na Młynie mocno zabrudzony, zakurzony przedmiot, a że mało co był widoczny spod brudu wytargowałam 30 zł. Wyczyściłam i mam piękną, w kolorowe owoce paterę na ciasto, pochodzenia nie znam, ale już ją kocham szalenie.
Korzystając z deszczowego dnia i zauroczona nowym nabytkiem ogłosiłam jabłkowe święto, tym bardziej , że koleżanki przyniosły mi jabłka a i w moim sadziku troszkę jabłuszek jest. Upiekłam szarlotkę, usmażyłam mus jabłkowy w słoiki, zrobiłam naleśniki z musem jabłkowym, a z obierek nastawiłam ocet jabłkowy, to eksperyment bo jeszcze go nie robiłam.
Moja szarlotka
1kg jabłek, 3szkl.mąki,4 jajka, 1,5 szkl.cukru, kostka margaryny, 2 łyżki śmietany, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, rodzynki.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, dodać 0,5 szkl.cukru, szczyptę soli, śmietanę, żółtka, margarynę i szybko zagnieść ciasto.
Jabłka obrać, zetrzeć na tartce, osłodzić , dodać rodzynki i cynamon.
Z białek ubić pianę z cukrem i odrobiną soli.
Blachę wysmarować tłuszczem wykleić połową ciasta i wyłożyć jabłka.Ubite białka wyłożyć na jabłka.Resztę ciasta podrobić na kawałki i ułożyć na szarlotce, ja zrobiłam kratkę. Piec ok.40min. w temp.200 stopni.
Składniki: 1 kg jabłek, ½ szklanki wody, ½ szklanki cukru.
Przygotowanie: Jabłka myjemy, nie obieramy ze skórek i
kroimy na kawałki. Wkładamy do garnka, wlewamy wodę i dusimy pod
przykryciem na małej mocy palnika aż do miękkości. Przecieramy przez
sito i dodajemy cukier. Mieszamy aż do zagotowania. Gotowy mus
przekładamy do wyparzonych słoików.
Słoiki zakręcamy i pasteryzujemy w garnku z wodą przez 10-15 min.
Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam cieplutko
Jasmin
Wakacyjny haft snuje się powoli, właściwie powinnam napisać , że to wieczorno-wakacyjny haft, bo wyszywany tylko wieczorem przy oglądaniu filmu w telewizorze.Nie ma czasu na wyszywanie w letnie miesiące. Za to haft snuje się z pietyzmem, powolutku bez pośpiechu, refleksyjnie.
Przy okazji zaglądania na internet przewijały się czasami przed moimi oczami obrazy haftów zapatulonych w pokrowiec. Zastanawiałam się nad tym jak to się sprawdza w codziennym użyciu. Pomyślałam "sprawdzam" i uszyłam sobie takowy pokrowiec, oczywiście po eksperymentach, za trzecim razem się udało dostosować wymiary. Już sprawdziłam w praktyce, na razie jest OK, ale chyba to nie dla każdego, albo trzeba się przyzwyczaić.
Pokrowiec na tamborek:
- wybrałam bawełnę w drukowane krzyżyki.
- na tamborek o średnicy 18 cm ucięłam prostokąt materiału o wymiarach 80 cm x 12 cm
- podłożyłam z dwóch dłuższych boków tworząc tunel na gumkę
- wciągnęłam gumkę, przyszyłam ją do materiału
- złożyłam krótsze boki do siebie i zszyłam, pokrowiec gotowy
Plusy pokrowca ; chroni robótkę od zabrudzenia, nic nam się nie plącze pod rękoma, czyli robota idzie sprawniej
Minusy pokrowca ; dotyczy tylko niedużych haftów takich których nadmiar materiału uda się schować do pokrowca, utrudnienie naciągania materiału
Podsumowanie: trzeba samemu spróbować i ocenić czy to jest dobry patent, czy nam to odpowiada.
Natomiast super odkrycie dla mnie to magnesy umieszczane przy hafcie, uwielbiam swoją pszczołę, a może muchę? nareszcie wiem gdzie jest moja igła.
Niedawno Misiek przyniósł mi z ryneczku puszkę w kształcie domku, już miałam protestować , że puszek to już nie chcę , ale po otwarciu okazało się, że to nie jest zwykła puszka tylko SKARB WIELKI.
Ze środka wysypałam nici DMC owinięte na plastikowych bobinkach w ilości 166 sztuk i tyleż kolorów i jak tu nie lubić szperactwa? Czy za tyle mulin zapłaciłabym tylko 20 zł.? Z radością uzupełniłam i tak pokaźne zapasy mulin DMC.
Zacieram ręce i zabieram się za haftowanie.
Pozdrawiam leniwie i wakacyjnie
Jasmin
Zabiorę was dzisiaj do arboretum w Wojsławicach koło Niemczy.Już o nim pisałam z okazji kwitnienia różaneczników i azali TU, oraz święta piwonii TU.Tym razem wybraliśmy się z wnuczką w okresie spektakularnego kwitnienia tysięcy liliowców. Całe aleje kwitnących kwiatów, coś niesamowitego. Oczywiście nie tylko same liliowce podziwialiśmy, kwitną róże i inne byliny.Wnuczka natomiast zbierała pieczątki , które umieszczono po całym ogrodzie w ukrytych budkach, świetna gra dla dzieci.
Wiem , że nie wszyscy lubią liliowce, ja też nie za bardzo czułam miłości do nich , ale gdy kupiłam pierwszy egzemplarz w arboretum, a on odwdzięczył się pięknym kwitnieniem, co roku dokupuję następne liliowce.
" Kolekcja liliowców w Arboretum Wojsławice jest największą i najlepiej prowadzoną kolekcją tej grupy roślin w Polsce oraz jedną z największych w Europie. Wśród imponujących wojsławickich zbiorów dominują odmiany mieszańcowe (ponad 3,5 tys.), których ogólna liczba na świecie przekracza 100 tysięcy. Co roku rejestruje się setki nowych odmian, kwitnących wszelkimi barwami oprócz niebieskiej. Są to bardzo niezawodne, długowieczne i łatwe w uprawie byliny, od dawna popularne także w naszych ogrodach."
TU można zobaczyć kwiaty liliowców.
Liliowce z mojego ogrodu zakupione w Wojsławicach.
Jak tam wasze wakacje? pracujecie czy odpoczywacie? Wyjazd nad morze mam już za sobą, teraz skupiam się na ogrodzie, a poza tym dzieci wyjechały na wakacje więc pilnuję ich psa, babcia musi mieć zajęcie na emeryturze ...prawda?
Nudzić się nie nudzę, mam co robić w ogrodzie, oczywiście wyszywam sobie ochoczo ,czytam książki, a dzisiaj siedzę w altance i bawię się komputerem.
Tak to właśnie przyszło mi do głowy podzielić się z wami opowieścią o książkach fantazy. Przeczytałam ich sporo , kocham zagłębiać się w tajemniczy świat, który nie istnieje , a który ktoś wymyślił. A wy czytacie fantastykę?
Dzisiaj będzie pierwsza część, umieściłam w niej opowieść o książkach, które mają cząstkę azjatyckiego klimatu.
"Wysoko
w zboczach góry wznoszącej się na samym skraju Imperium Kaigenu
mieszkają najpotężniejsi wojownicy na świecie, obdarzeni nadludzką mocą,
dzierżący lodowe ostrza i zdolni do manipulowania poziomem mórz. Przez
setki lat wojownicy z półwyspu Kusanagi powstrzymywali wrogów Imperium,
dzięki czemu ten wiecznie zimny skrawek lądu zyskał miano Miecza
Kaigenu.
Mamoru, czternastoletni członek legendarnej rodziny Matsuda,
od urodzenia miał tylko jeden cel: zostać doskonałym wojownikiem i
bronić ojczyzny. Kiedy przybysz z zewnątrz ujawnia mu sekret, Mamoru
nabiera podejrzeń, że Imperium, do obrony którego został wychowany,
zbudowane jest na kłamstwach, i zdaje sobie sprawę, że nie ukończy
szkolenia…
Misaki pragnie zamknąć pewien rozdział swojego życia.
Wychodzi za mąż i stara się zapomnieć o brutalnej przeszłości. Ukrywa
miecz i wszystko, co ją łączy ze wspomnieniami wojowniczki, którą dotąd
była. Zdeterminowana, by stać się dobrą matką i gospodynią, postanawia
już nigdy nie uciekać się do przemocy. Kiedy jednak jej dorastający syn
zaczyna zadawać pytania o życie poza półwyspem Kusanagi i kiedy Misaki
dostrzega groźbę zbliżającej się inwazji, budzi w sobie uśpionego
wojownika i ponownie chwyta za miecz."
Niewiele jest fantasy tak ładnie i dobrze napisanych, że nie ma się właściwie do czego przyczepić. Bardzo barwne i oryginalne postaci, wciągająca i niedająca się przewidzieć fabuła, mnóstwo emocji, magii, super talentów i umiejętności, potężnej broni. Czerpie się przyjemność z lektury i trudno się z nią rozstać ,chciałoby się jeszcze, ale to ponoć jedyny tom, a szkoda. Do tego przepiękne, zachwycające wydanie Vesper i te barwione brzegi kartek (ostatnio mam kilka takich książek jw), no po prostu mistrzostwo!
"MIASTO JADEITU" - Fonda Lee
Powieść fantasy, która łączy w sobie elementy gangsterskiej sagi i klimat Dalekiego Wschodu. Powieść zawiera wiele efektownych scen walki, a także intrygi polityczne i ekonomiczne, co sprawia, że akcja jest trzymająca w napięciu.
Jadeit jest krwią podtrzymującą życie wyspy Kekkon. Wydobywano go,
handlowano nim, kradziono go i zabijano dla niego już od stuleci. Od
równie dawna honorowi wojownicy zielonej kości, jak rodzina Kaulów,
wykorzystują go do zwiększania swych magicznych możliwości i obrony
wyspy przed cudzoziemskim najazdem.
Teraz jednak wojna się
skończyła i nowe pokolenia Kaulów musi walczyć o władzę nad tętniącą
życiem stolicą Kekonu. Obchodzą ich jedynie obrona własnej rodziny,
kontrola nad rynkiem jadeitu oraz panowanie nad należącymi do nich
dzielnicami. Starodawne tradycje nie grają wielkiej roli w tym
zmieniającym się szybko kraju.
Gdy pojawia się nowy potężny lek
pozwalający wszystkim, nawet cudzoziemcom, nosić jadeit, długotrwała
rywalizacja między klanami Kaulów i Aytów przeradza się w otwartą wojnę.
Jej wynik rozstrzygnie o losie wszystkich zielonych kości oraz całego
Kekonu.
Ostatnia książka tak jak i pierwsza jest cudowna, moja ulubiona .Wojna makowa to opowieść o aspiracjach, marzeniach i nauce, potrzebie przynależności i przyjaźni, społecznych dysonansach, ale przede wszystkim o wojnie, o trybikach historii, które mielą ludzkie życie do chwili, gdy trafią na kogoś zdolnego im się przeciwstawić.
"Kiedy jesteś sierotą wojenną, świat ma dla ciebie głównie pogardę, odrzucenie, brutalność i ból. Czasem, jeśli akurat masz szczęście, obojętność. Jeśli natomiast do tego jesteś dziewczynką, szczęście ma twoja przybrana rodzina. Zawsze może ubić interes i sprzedać cię za żonę jakiemuś zamożnemu staruchowi.
Rin doświadczyła tego wszystkiego. Jest nikim, jej życie nie ma dla nikogo żadnego znaczenia, nikogo też nie obchodzi jej los. Jeśli chce wydostać się z rynsztoka, w którym się wychowała, ma tylko dwie drogi. Pierwsza wiedzie przez łóżko obmierzłego starca. Druga przez bramę akademii sinegardzkiej – elitarnej szkoły wojskowej. Aby podążyć tą drugą drogą, Rin zrobi wszystko, co tylko leży w ludzkiej mocy. A nawet więcej.
To nie jest historia o potędze nauki, sile przyjaźni czy starciach wielkiej magii. To jest historia o kołach czasu, które nieustępliwie i bezlitośnie mielą ludzkie losy. I o dziewczynie, która zniszczyła cały mechanizm. Kamieniem, bo na miecz była za biedna."
Pozdrawiam cieplutko, wakacyjnie
Jasmin